8.4.18

Dwieście trzynaście kilometrów na rowerze

W tym roku.
Muszę jeszcze napisać skrót rejsu po Wyspach Kanaryjskich, a póki co zwrot ku wiosennej naturze i nasze ulubione miejsce na Pisi Gągolinie wraz z okolicą. Później się zieleni niż w zeszłym roku, ale początek kwietnia podobnie ciepły, więc odpaliliśmy przyczepkę rowerową Weehoo I-go wraz z pelerynką Coverover i hajda na poszukiwania. Najbardziej podobały mi się przylaszczki, Klusce chyba też, ale żółte podbiały i inne maluchy też pomału wychylają głowy z suchej trawy czy mchu. Czosnek niedźwiedzi dopiero kiełkuje, kwiaty będą o wiele później.


Nawet udało mi się kilka razy przycupnąć w hamaku, zanim mnie wygonili tata z Kluską. ;)



Za drugim razem mieliśmy więcej szczęścia do słońca, ale za to wieczorem szybciej się ochłodziło. Coś za coś.


Kluska czuje się tam jak u siebie w domu, bawi się na ziemi luzem. Wszyscy żyją, choć ziemia nie ma atestu bezpieczeństwa, o mostku pełnym dziur nie wspomnę. ;)


Potem jeszcze młoda właziła na widoczny w oddali konar wpadający do rzeki bawiąc się w łapanie kijków płynących rzeką i za trzecim wejściem zmoczyła skarpetkę. Warto ze sobą wozić buty na zapas. ;)


Odbyłyśmy też parę pieszych wycieczek po okolicy.


Pora wracać...


15.3.18

Partyjka Piotrusia na dworcu czyli gry karciane dla dzieci

Tata Kluski:

Dziś na dworcu rozegraliśmy parę partyjek Czarnego Piotrusia. Bo ostatnio z Klu grywamy właśnie w Piotrusia i jeszcze w Wojnę.


W Piotrusia graliśmy specjalną talią z Kubusiem Puchatkiem (a więc w zasadzie graliśmy w Kubusia), Klu miała kiedyś też talię z Minnie i Daisy gdzie zamiast symboli były liczby... ale tę talię gdzieś rozwlekła po domu i teraz jest mocno niekompletna.

Mamy też w domu większą talię ze Słowacji... dla nieco większych dzieci. (powiększenie)

A gdy zapytałem Klu, czy wie że zwykła talią też można grać w Piotrusia, to bardzo się zdziwiła... no to jej pokazałem jak (aczkolwiek graliśmy tylko połówką talii - czerwonymi).


Wydaje mi się, że w Piotrusia nigdy wcześniej nie grałem... w dzieciństwie grałem w wojnę (kto nie grał) i to chyba tylko w domu, potem w podstawówce i w domu grało się w Kuku, Pana, Makao, w liceum już jakby mniej a jeśli już to w Makao i Remika. Gry w które grałem, ale rzadko - raz albo parę razy, to Oko, Tysiąc, Poker,mam też wrażenie (ale głowy nie dam), że zdarzyło się grać jeszcze w Durnia, czy Licytację. mogłem też o czymś zapomnieć rzecz jasna. A Wy w co grywaliście?

Aha, później to już w ogóle mało się grało, na studiach zdarzyło mi się grać w Kierki i parę razy w Brydża. A na Ukrainie z lokalsami w Kozier.

Zdecydowanie najwięcej się grało w podstawówce, na zielonej szkole uciekaliśmy z dyskoteki, żeby się zaszyć w pokoju i grać w karty, kości, oraz radzieckie gierki elektroniczne. Sukcesem było też dostać karę - za karę nie szło się na jakieś zajęcia, tylko zostawało w pokoju... i można było grać do oporu! Kiedyś na zielonej szkole w Załęczu nad Wartą poszliśmy odwiedzić w sąsiednich domkach dziewczyny z Łodzi... potem za karę przepadły nam jakieś zajęcia, a że kilka osób miało te karę, to było z kim grać.

Inna historyjka, to jak uczyłem się grać w brydża - w pięć osób z Wydziału wybraliśmy się na długi weekend listopadowy w góry. Okazało się, że jest trójka brydżystów i dwie osoby, które grać nie umieją. Przy braku czwartego do brydża, postanowili nas nauczyć, więc przez żeby się nauczyć rozgrywki brydżowej, w pociągu do Zwardonia rżnęliśmy w kierki. A potem już w górach tłumaczyli nam zasady licytacji i na noclegach grywaliśmy w brydża.

Natomiast kiedyś jak byłem na obozie wędrowny w Gorganach, musiałem wcześniej wrócić. Zszedłem sam z gór i nocowałem w miejscu biwakowym pod Osmołodą, oprócz mnie rozbiło się tam dwóch Ukraińców. Zagraliśmy w karty, a konkretnie w kozier... pierwsza rozgrywka była ćwiczebna, bo się uczyłem i ją przegrałem. Okazało się że jest to rozgrywka zbliżona do brydżowej, a koziernyj, to kolor atutowy (co ciekawe po ukraińsku i rosyjsku atut to obecnie kozyr, natomiast po polsku zanim weszła do użycia obecna nazwa francuska, używano słowa kozer... czyżby kozier to taki zachodnioukraiński regionalizm?). Tak czy inaczej, jak zorientowałem się w zasadach, to kolejne trzy partie wygrałem i już nie chcieli więcej ze mną grać.

Ale wracając do dnia dzisiejszego, oprócz Piotrusia gramy z Kluską oczywiście w Wojnę. Jak to z kartami bywa, każdy zna inne zasady... przy czym o ile w makao było to oczywiste i jak gra wychodziła poza zgraną ekipę, to każda rozgrywka zaczynała się od ustalenia wspólnych zasad (jak na przykład graliśmy w domu, to nie stosowaliśmy zasad takich jak dama na wszystko, wszystko na damę, schodzenie z wagonika, czy przebijanie dwójki trójką, poznałem je później), a i tak często się kończyło sporami odnośnie jakiegoś nie uzgodnionego wcześniej przypadku (czy dama może być kartą rzuconą po makale, czy można schodzić z wagonika kartami funkcyjnymi itp.). O tyle w wojnie wydawałoby się, że trudno o różne zasady... a jednak.

Standardowa wojna wyglądała tak, że walczyć mogły tylko najwyższe figury na kupce (niższe odpadały - dla ustalenia uwagi odwróciłem więc dziesiątkę). Wygrywała osoba, która zaczynała jedną z tych wyższych kart, nawet jeśli na końcu na wierzchu było coś niższego (od dziesiątki w naszym przypadku).


Jednak jeśli zastosować kolonijną zasadę lavinki, że wojna jest nadrzędna, sytuacja jest inna i w powyższym przypadku wygrywa dziesiątka...

Otóż w poniższym przypadku normalnie wygrałaby dama, ale z zasadą wojna jest nadrzędna, niższe figury najpierw przeprowadzają wojnę i na koniec porównuje się karty leżące na wierzchu u wszystkich graczy. W tym wypadku wygrywa as.


Zasada ta sprawia, że wojna jest nieco ciekawszą grą (choć bez przesady, toteż jest grą tylko dla najmłodszych), zwiększa się częstotliwość wojen, pojawiają się wojny krzyżowe i znacznie zwiększa się szansa na wojny wielopiętrowe. Wojny bowiem przeprowadza się do momentu, aż każda karta na wierzchu będzie inna. Również do końca nie można przewidzieć kto wyjdzie zwycięsko z takiej wojny.

Jeszcze jeden przykład, po pierwszej wojnie na wierzchu są dwie damy, które z kolei przeprowadzają następną wojnę. A na koniec wygrywa osoba, która na początku miała najniższą kartę, a potem przegrała wojnę... jednak na koniec i tak ma ósemkę, która jest najwyższą kartą.


Nadal jednak największy problem wojny jest taki, że rozgrywka jest strasznie długa... dla dwóch graczy w zasadzie nie ma sensu kontynuować gry, więc my w tym momencie uznajemy, że obaj są zwycięzcami i zaczynamy nową grę.

Dlatego też, żeby wyeliminować ten problem wymyśliłem nową odmianę wojny, którą nazwałem:


♥ ♦ Wojna na kolory ♣ ♠

Karty dzielimy na kupki według kolorów i każdy gracz otrzymuje do gry potasowaną kupkę danego koloru. Są dwie możliwości:
- dwie kupki - karty czerwone i karty czarne (gra dla 2 graczy)
- cztery kupki - kiery, kara, piki, trefle (gra dla 2-4 graczy)

Dalej gramy w wojnę, ale pokonane karty przeciwnika nie są przechwytywane, lecz zbijane - eliminowane z gry i odkładane na bok, do gry wracają tylko karty osoby zwyciężającej (czyli chodzi o to, żeby na ręce gracz miał cały czas karty tego samego koloru). Grając nie stosowaliśmy zasadywojna jest nadrzędna, ale to już jak kto sobie tam chce.

W ten sposób udało mi się osiągnąć to co chciałem, a mianowicie rozgrywka nie jest długa i nie ciągnie się w nieskończoność (nawet dla dwóch graczy). W grze jest spora szansa na remis, gdyż na koniec gracze mają mało kart, ale za to mocne... kilka razy nam się zdarzyło, że na koniec była wojna, która nie mogła być dokończona z powodu braku kart u obu graczy (uznaliśmy, że to remis).

Jest to nadal wojna, a więc gra prosta, niezbyt ciekawa i przede wszystkim dla najmłodszych dzieci, które są jeszcze za małe na bardziej zaawansowane gry. Na pewno jest dobra jako choćby urozmaicenie, gdy zwykła wojna się znudzi.

6.3.18

Ostatnie łyżwy i curling na żabim oczku

Jeszcze noc była mroźna, to dało się w poniedziałek wykorzystać lód grubości 20cm (nad chyba 10 cm wody, bo jeziorko parkowe w tym miejscu jest dość płytkie, a zimą wręcz opadło).

Tata Kluski: To ostatni moment, bo zaczyna się odwilż... już dziś w dzień dochodziło do +3, śnieg nieprzyjemnie lepki, ale jeszcze wszystko jako tako zmrożone po nocy, gdy było od -8 do -10. Tak więc pojechaliśmy ostatni raz do parku na zamarznięte Żabie Oczko.

Klu bardziej chodziła na łyżwach niż jeździła. Jeździła wtedy, gdy ją ciągnąłem.


Rysujemy ślimaczka - ślimaczek śpi i jest schowany w skorupce.


Kaczki tu były.


No to dalej jazda


O, wmarznięty kijek... nie da się wyjąć.


Przygotowaliśmy trasę, a teraz nią jeździmy. Najpierw na kolankach


O, a tu jest wmarznięta gałązka.


Mała przerwa


Gramy w curling kawałkami lodu.


A właściwie w curlingo-golfa, bo ktoś próbował wybić przerębel, ale się nie przebił, powstał tylko dołek.


Jakieś porządnowiosenne wpisy mam nadzieję pojawią się niebawem. ;)

21.2.18

Sto jeden kilometrów na rowerze

Zimą. Od stycznia. Tyle Kluska przejechała w 2018 roku. A zima się jeszcze nie skończyła.


To w zasadzie tylko transport do przedszkola plus parę wycieczek z tatusiem w celach edukacyjnych. To znaczy poznawanie trudnych słów typu lokomotywa bezogniowa czy spalinowa. Po kluskowemu to "pociong" i "palowuz". :)


W tym roku jacyś zdrowsi jesteśmy, tylko w jeden tydzień ferii Kluskę siekła jakaś bakteria i nas pozarażała. Jej przeszło samo bez większych wysiłków z naszej strony, takie tam ziółka czy środek na gorączkę (w praktyce tylko 2x był potrzebny i to w małej dawce). Więc kilometrów robimy więcej z racji braku przerw w chodzeniu do przedszkola.


Weekendowo Kluska bywała tu i tam, a to bal, a to przedstawienie teatralne, a to zwiedzali z grupą smerfów supermarket. Zwiedziła też nową papugarnię na Pradze. Są tam nie tylko papugi, ale i inne ptaszki.


Fajna ścianka, Kluska do niej pasuje idealnie. :)


A co do mnie, to dopadła mnie jakaś zimowa deprecha i zakopałam się pod kocem z książkami. Jedyne, do czego udało mi się zmobilizować, to dokończenie fartuszka z dziewiętnastowiecznego wykroju, który znalazłam w bibliotece cyfrowej. Kiedyś dzieci były niższe i tęższe, więc ciężko było zeskalować. W końcu dodałam falbanę i stwierdziłam, że będzie na wyrost. Od lutego Kluska chodzi na dodatkowe zajęcia plastyczne, to akurat się przyda. Ma jeszcze inny biały, ale używamy go bardziej do gotowania. Szycie mi tej zimy nie idzie, chociaż miałam wiele planów.


Mogła by się zacząć już wiosna, skoro zima znów bez śniegu, zatem i bez sensu.