Kluska w przedszkolu nauczyła się nowego przymiotnika. Jaja są wielkinocne, kurcacek jest wielkinocny, kosycek jest wielkinocny i balanek jest wielkinocny. Nijak nie idzie wytłumaczyć, że wielkanocny. Może za rok. W każdym razie to przekręcanie brzmi bardzo zabawnie.
Świętujemy w zasadzie od środy, kiedy młodą dopadło jakieś wirusisko, co skutkuje gorączką wieczorami. Niewysoką rzędu 38,3-5 najczęściej, ale to przykre dla niej oczywiście. Poza tym dziecię raczej w dobrym humorze, tylko nudzące się śmiertelnie. Przez kilka dni malowaliśmy pisanki ufarbowane przez tatę w cebuli, robiliśmy kurczaki z żółtego kartonu (takie jak młoda robiła w przedszkolu tydzień wcześniej), był też koszyczek w sobotę, ale się nie załapał na sesję, bo pojechał na niedzielę i poniedziałek do Warszawy na drugą turę świętowania, tym razem bez nas, za to z babcią i wujkiem.
Trochę nawet dopadł mnie bakcyl sprzątania, to znaczy odkurzyłam dywan i umyłam pół kuchni. Jak na mnie to bardzo dużo na jeden raz. Może do końca roku zdołam wysprzątać resztę po kawałku, to będzie akurat na Gwiazdkę. ;)
U nas święta to w zasadzie formalność i Cepelia, bo jako nie-katolicy nie biegamy do kościoła, nie święcimy jajek, nie odprawiamy też guseł słowiańskich ani innych zabaw. No może tylko śmigus-dyngus, czyli dziecko dostało "almatę" czyli pistolet na wodę. I o.
Zero symboliki, nuda straszna, pogoda w sumie do kitu i smark. Na parapecie hoduje się rzeżucha i rukola z nasionek - tyle świątecznych klimatów. Coś te święta w tym roku nie wyszły, może w maju będzie weselej? Majówkę trzeba jakąś zorganizować obowiązkowo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mowa. Pokaż wszystkie posty
16.4.17
16.1.17
Zima trzyma
Moja ukochana zima z mrozami i śniegami nadeszła. A wątpiłam w jej nadejście, tak było mokro, mglisto i dżdżysto. Zastanawiałam się, jak to będzie z dojazdami rowerem do przedszkola. Bez większych problemów. Jezdnie przejezdne, ale DDRki już nieodśnieżone. Wybór trasy z daleka od nich był dobrym pomysłem. Nawet jeśli ktoś je odśnieży, to są nierówne, oblodzone i średnio bezpieczne. Na jezdni jest słabo tylko podczas śnieżycy, albo tuż po niej, kiedy pługi jeszcze nie zdejmą z asfaltu mokrej brei. Chyba wolałabym już ze żwirem śnieg niż to coś. Doświadczenie jazdy w zimie jednak robi swoje, wiem co robić, by się nie wywalić. I wiem, kiedy jest niebezpiecznie. Głównie na zakrętach i przy hamowaniu. Czyli jak skręcamy, to nie hamujemy. W ogóle najlepiej nie hamować, tylko jechać na tyle wolno, żeby rower sam się zatrzymał pod oporem gruntu. Grunt to technika. Opon specjalnych nie mam, na w poły łyse semislicki wystarczają, żadne tam kolce czy inne wynalazki.
A poza tym byliśmy na sankach, akurat zdążyliśmy przed smogiem. Rzucaliśmy się też śnieżkami (głównie) i ulepiliśmy parę bałwanków. Zaliczone, choć cierpliwość Klusencji jest nadal na przysłowiowym włosku i czasem bywają straszne awantury i płacze. Z nią to jak na wojnie, nigdy nic nie wiadomo. Jej humor na pstrym koniu jeździ. Chyba już się do tego przyzwyczaiłam, tata Kluski niekoniecznie. ;)
Co do gadania, zaczyna mnie rozbrajająco zaskakiwać. Na przykład dziś jej zaproponowałam wieczorem, że jutro pojedziemy na sankach do przedszkola. I co słyszę? Że to niebeśpiecne i że ona woli rowerem. Tłumaczę jej, że nie, że nie pojedziemy sankami po jezdni przecież. Nie ma mowy. W sumie mądre dziecko, na przejściu dla pieszych nigdy nie czuję się bezpiecznie. Na jedni rowerem dużo bardziej. Sanki będą innym razem.
Wróciły też cyrki z kąpielą, to znaczy raz się uda, a raz nie. Kombinuje jak łysy pod górkę. A to jeszcze trzy gry, a to jeszcze czymś się pobawi, a to jeszcze coś i przedłuża w nieskończoność, a na koniec i tak wyje, że nie lubi i nie chce i koniec. Wzdech. No trudno, zgnijemy w brudzie. ;)
No i smarkamy, kichamy, po dwóch tygodniach względnego spokoju znów młoda siedziała tydzień w domu, bo bałam się powtórki z rozrywki. Zresztą smog był straszny przez kilka dni i sama nie wyłaziłam z domu, jak nie musiałam (nadal bywa, ale już nie taki straszny, w rejonie normy). Pomalutku dochodzimy do zdrowia, młodzież znów w placówce, dla nas chwila oddechu i długie godziny, gdy w spokoju można popracować, Kluska się nie nudzi, bo 25 stycznia popołudniu mają przedstawienie na dzień babci, więc się będą uczyć wierszyków. Babcia będzie musiała przesunąć siłownię albo basen, bo chyba sobie nie odpuści tak ważnego wydarzenia. :)
A poza tym byliśmy na sankach, akurat zdążyliśmy przed smogiem. Rzucaliśmy się też śnieżkami (głównie) i ulepiliśmy parę bałwanków. Zaliczone, choć cierpliwość Klusencji jest nadal na przysłowiowym włosku i czasem bywają straszne awantury i płacze. Z nią to jak na wojnie, nigdy nic nie wiadomo. Jej humor na pstrym koniu jeździ. Chyba już się do tego przyzwyczaiłam, tata Kluski niekoniecznie. ;)
Co do gadania, zaczyna mnie rozbrajająco zaskakiwać. Na przykład dziś jej zaproponowałam wieczorem, że jutro pojedziemy na sankach do przedszkola. I co słyszę? Że to niebeśpiecne i że ona woli rowerem. Tłumaczę jej, że nie, że nie pojedziemy sankami po jezdni przecież. Nie ma mowy. W sumie mądre dziecko, na przejściu dla pieszych nigdy nie czuję się bezpiecznie. Na jedni rowerem dużo bardziej. Sanki będą innym razem.
Wróciły też cyrki z kąpielą, to znaczy raz się uda, a raz nie. Kombinuje jak łysy pod górkę. A to jeszcze trzy gry, a to jeszcze czymś się pobawi, a to jeszcze coś i przedłuża w nieskończoność, a na koniec i tak wyje, że nie lubi i nie chce i koniec. Wzdech. No trudno, zgnijemy w brudzie. ;)
No i smarkamy, kichamy, po dwóch tygodniach względnego spokoju znów młoda siedziała tydzień w domu, bo bałam się powtórki z rozrywki. Zresztą smog był straszny przez kilka dni i sama nie wyłaziłam z domu, jak nie musiałam (nadal bywa, ale już nie taki straszny, w rejonie normy). Pomalutku dochodzimy do zdrowia, młodzież znów w placówce, dla nas chwila oddechu i długie godziny, gdy w spokoju można popracować, Kluska się nie nudzi, bo 25 stycznia popołudniu mają przedstawienie na dzień babci, więc się będą uczyć wierszyków. Babcia będzie musiała przesunąć siłownię albo basen, bo chyba sobie nie odpuści tak ważnego wydarzenia. :)
6.2.16
Do kina na Fistaszki
Tata Kluski:
Korzystając z tego, że w ferie codziennie są poranki dla dzieci (ale o sensownej godzinie, 12 lub 14, a czasem nawet o 16), wybrałem się z Kluską na Fistaszki. Kluska już była z babcią i wujkiem w kinie na Fistaszkach i chyba jej się podobała, bo figurka Charliego Browna stała się częścią rodziny...
Kluska wymieniała po kolei:
- Mama, Tata, baba, wuju, wuju Aki, Czarli Bałn.
A najlepsze było w kinie, jak Kluska na widok Snoopy'ego na całe kino zawołała:
- White Pijeees!!!

Ale zanim był właściwy film, najpierw zostaliśmy poczęstowani krótkometrażówką z Epoki Lodowcowej, w której było to co najlepsze w Epoce, znaczy wiewiór (krótkometrażówka na youtubie). A same Fistaszki... film jak film, szału nie ma, ale można pójść z dzieckiem do kina i z przyjemnością obejrzeć bez zgrzytania zebami.. Druga połowa trochę przynudnawa, nawet Kluska zaczęła się chyba nudzić (początek przesiedziała jak zahipnotyzowana) i zaczęła się kręcić, wlazła mi na kolana, potem wstała i zaglądała kto siedzi rząd przed nami...
Kluska pokazuje gdzie byliśmy na Fistaszkach


A potem jeszcze jakiś czas spędziliśmy na placu, było tradycyjne łażenie po murkach i bieganie dookoła fintanny.



Ale żeby wrócić do domu, to nie było mowy... była awantura na cztery fajerki i ryk na pół placu zanim wsadziłem Kluskę do fotelika.

A skoro jesteśmy w temacie... wyciągnąłem spośród komiksów moje Fistaszki.
Korzystając z tego, że w ferie codziennie są poranki dla dzieci (ale o sensownej godzinie, 12 lub 14, a czasem nawet o 16), wybrałem się z Kluską na Fistaszki. Kluska już była z babcią i wujkiem w kinie na Fistaszkach i chyba jej się podobała, bo figurka Charliego Browna stała się częścią rodziny...
Kluska wymieniała po kolei:
- Mama, Tata, baba, wuju, wuju Aki, Czarli Bałn.
A najlepsze było w kinie, jak Kluska na widok Snoopy'ego na całe kino zawołała:
- White Pijeees!!!
Ale zanim był właściwy film, najpierw zostaliśmy poczęstowani krótkometrażówką z Epoki Lodowcowej, w której było to co najlepsze w Epoce, znaczy wiewiór (krótkometrażówka na youtubie). A same Fistaszki... film jak film, szału nie ma, ale można pójść z dzieckiem do kina i z przyjemnością obejrzeć bez zgrzytania zebami.. Druga połowa trochę przynudnawa, nawet Kluska zaczęła się chyba nudzić (początek przesiedziała jak zahipnotyzowana) i zaczęła się kręcić, wlazła mi na kolana, potem wstała i zaglądała kto siedzi rząd przed nami...
Kluska pokazuje gdzie byliśmy na Fistaszkach
A potem jeszcze jakiś czas spędziliśmy na placu, było tradycyjne łażenie po murkach i bieganie dookoła fintanny.
Ale żeby wrócić do domu, to nie było mowy... była awantura na cztery fajerki i ryk na pół placu zanim wsadziłem Kluskę do fotelika.
A skoro jesteśmy w temacie... wyciągnąłem spośród komiksów moje Fistaszki.
19.11.15
Listopad miesiącem przełomów
Nie wiem jak to jest w życiu Klusięcia, ale listopad zawsze przynosi jakieś nowiny. To właśnie w listopadzie Klusię raczyło wreszcie zacząć podnosić głowę. O jakieś dwa tygodnie za późno. To w listopadzie rok później Kluska zaczęła więcej gadać niż mama, baba i nje (poszły sylaby dźwiękonasladowcze). To wreszcie w listopadzie tego roku pojawiły się pierwsze nieudolne zdania typu Mama chodź, czy Tata weź, Mama daj. Dokładnie 1 listopada zaczęła ni stąd ni zowąd powtarzać po nas słowa. Długo męczyliśmy się z tym, że gadała, co chciała, a teraz ewidentnie nas naśladuje. W przeciągu dwóch tygodni jej słownictwo dzięki temu zwiększyło się chyba czterokrotnie. Daleko jej do rówieśników, gada powiedzmy jak mniej rozgarnięty dwulatek, ale to wielki sukces i początek dalszej nauki. Sporo tez rozwinęła się społecznie. Na szczęście innym dzieciom jej niedobory rozwojowe zupełnie nie przeszkadzają. Nadrabia gestykulacją i jakoś idzie. Zaczęła chodzić do klubiku na zajęcia integracyjne, może od marca pójdzie na samodzielne zajęcia bez opiekuna na kilka godzin w tygodniu. Nu, zobaczymy czy ją zechcą ;)
Pojawiła się też tęsknota. Może dlatego, że ostatnio Kluska żyje na dwa domy i za obydwoma tęskni jednako. Jak tak można mieszkać w dwóch miastach. Trzy dni tu, cztery dni tam. Niby fajnie, bo się pomiędzy jeździ pociągami (czasem dochodzą przygody typu awaria i szybka organizacja z przesiadką do innego), ale mogliby trochę wszyscy posiedzieć razem. Jak jest z nami w domu, to tęskni za wujkiem, jak jest dłużej u wujka z babcią, to tęskni za mamą i tatą. Straszna się przylepa przez to zrobiła ostatnio. A już jak jej nie było z nami ponad tydzień, to nawet nie płakała ujrzawszy mnie na dworcu i nie chciała wracać do Warszawy jak zwykle po weekendzie. ;)
Poza tym kupiłam jej zimowy kask. Trafiła się przecena o kilkadziesiąt złotych, to nie zbiedniałam tak strasznie. Starczy do maja na pewno. W zasadzie niewiele się różni od zwykłego łupinowego poza osłonami na uszy. No i rozmiar, weszliśmy w S (53-55). Jest trochę za duży obwodowo, ale Kluska ma na tyle długą czaszkę, że zawsze trzeba jej kupować na wyrost. Prawdopodobnie stary z brytyjską flagą wiosną już nie będzie pasował. Tak czy siak trafiłam w jej gust wyśmienicie. Z marszu nauczyła się nowego słowa "kaś" i czasem nawet żąda zakładania go do jazdy na rowerku biegowym. Jak to mówią, nie ma złej pogody na rower, jest złe ubranie (pelerynka przeciwdeszczowa nadal się przydaje, choć niebawem trzeba będzie kupić coś większego, kombinezon do jazdy na zimne dni już czeka), zakup futrzastych butów w planach.
Kluska nadal jest najważniejszą istotą w domu, padyszach lub inne królewiątko. Mimo naszych z lekka odwrotnych zabiegów i tak cały dom kręci się wokół niej. To tyle jeśli chodzi o światłe ideały wyrodności i rodzicielstwa dalekości (termin, który wymyśliłam po jej urodzeniu w 2012 roku), a rzeczywistość. To ona rozdaje karty, nie ma wątpliwości.
A i czy chwaliłam się, że znielubiła telewizję? Że kanały dziecięce są be, a filmy dvd od święta (łażę za nią i namawiam, czy nie chce czegoś obejrzeć).Leciała całymi dniami od rana do nocy i się znudziła. To znaczy u nas w domu, u wujka ma monitor będący jednocześnie telewizorem jak i ekranem komputera, więc korzysta z filmów na jutubie. Efektem ubocznym jest dwujęzyczność. Sporo słów zamiast po polsku, mówi po angielsku. Np. kolory. Mówi dźwiękonaśladowczo yellow, black, red, green, orange, white (filmy edukacyjne dla roczniaków i dwulatków, których w języku polskim nikt nie nagrywa, a w angielskim jest cała masa). Po angielsku tez liczy do dziesięciu, z pominięciem seven (jakiś dźwięk wydaje, ale nie dwusylabowy). Czasem wyłapiemy też inne słowo, np. prosi o apple, a nie o jabłko. No cóż, angielski ma o niebo prostszą wymowę i mniej sylab w słowach, to łatwiej załapać. Skoro poszły do przodu słowa, odpuściliśmy naukę gestów. Mała nadal się nimi posiłkuje, ale pomału chwyta, że mówi się łatwiej niż "miga". Nadal jej literuję niektóre wyrazy z naciskiem na wymowę spółgłosek i oczywiście na każdym kroku chwalę, że prześlicznie mówi i że bardzo lubimy z nią rozmawiać oraz chętnie wykonywać jej rozkazy (to ją bardzo motywuje, hi hi).
Druga rzecz, to nareszcie pozwala sobie czytać. Teraz mogę jak inne mamy szpanować czytaniem dziecku do snu. I o poranku, jak mnie zmusi. I o każdej innej porze dnia. Ponieważ to ona wybiera, co mam czytać, a wybrała sobie klasykę czyli wiersze Tuwima, Brzechwy i Fredry, jeszcze trochę i będę mówić z pamięci "Na Straganie", "Lokomotywę" czy "Słonia Trąbalskiego", o "Ptasim radiu" nie wspomnę. Ratunkeo!
Pojawiła się też tęsknota. Może dlatego, że ostatnio Kluska żyje na dwa domy i za obydwoma tęskni jednako. Jak tak można mieszkać w dwóch miastach. Trzy dni tu, cztery dni tam. Niby fajnie, bo się pomiędzy jeździ pociągami (czasem dochodzą przygody typu awaria i szybka organizacja z przesiadką do innego), ale mogliby trochę wszyscy posiedzieć razem. Jak jest z nami w domu, to tęskni za wujkiem, jak jest dłużej u wujka z babcią, to tęskni za mamą i tatą. Straszna się przylepa przez to zrobiła ostatnio. A już jak jej nie było z nami ponad tydzień, to nawet nie płakała ujrzawszy mnie na dworcu i nie chciała wracać do Warszawy jak zwykle po weekendzie. ;)
Kluska nadal jest najważniejszą istotą w domu, padyszach lub inne królewiątko. Mimo naszych z lekka odwrotnych zabiegów i tak cały dom kręci się wokół niej. To tyle jeśli chodzi o światłe ideały wyrodności i rodzicielstwa dalekości (termin, który wymyśliłam po jej urodzeniu w 2012 roku), a rzeczywistość. To ona rozdaje karty, nie ma wątpliwości.
A i czy chwaliłam się, że znielubiła telewizję? Że kanały dziecięce są be, a filmy dvd od święta (łażę za nią i namawiam, czy nie chce czegoś obejrzeć).Leciała całymi dniami od rana do nocy i się znudziła. To znaczy u nas w domu, u wujka ma monitor będący jednocześnie telewizorem jak i ekranem komputera, więc korzysta z filmów na jutubie. Efektem ubocznym jest dwujęzyczność. Sporo słów zamiast po polsku, mówi po angielsku. Np. kolory. Mówi dźwiękonaśladowczo yellow, black, red, green, orange, white (filmy edukacyjne dla roczniaków i dwulatków, których w języku polskim nikt nie nagrywa, a w angielskim jest cała masa). Po angielsku tez liczy do dziesięciu, z pominięciem seven (jakiś dźwięk wydaje, ale nie dwusylabowy). Czasem wyłapiemy też inne słowo, np. prosi o apple, a nie o jabłko. No cóż, angielski ma o niebo prostszą wymowę i mniej sylab w słowach, to łatwiej załapać. Skoro poszły do przodu słowa, odpuściliśmy naukę gestów. Mała nadal się nimi posiłkuje, ale pomału chwyta, że mówi się łatwiej niż "miga". Nadal jej literuję niektóre wyrazy z naciskiem na wymowę spółgłosek i oczywiście na każdym kroku chwalę, że prześlicznie mówi i że bardzo lubimy z nią rozmawiać oraz chętnie wykonywać jej rozkazy (to ją bardzo motywuje, hi hi).
26.5.15
Dzień (bez) mamy
Dzisiaj jest dzień mamy i moje imieniny, tylko dlatego pamiętam, problem gdy zapomnę, który jest dzień. I to, że jest Dzień Matki, przypomniał mi mejl od mojej mamy życzący mi wszystkiego dobrego z okazji imienin. No kurczę! Nie, nigdy nie byłam dobrą córką robiącą laurki i składającą życzenia. Nie obchodziły mnie święta tego typu i chyba nadal nie czuję, żeby to był dla mnie ważny dzień. To znaczy ważniejszy od innych. Dla mnie dziś był wtorek.
Środek tygodnia, zwykłe sprawunki, akurat bez zleceń, to można było więcej czasu poświęcić dziecku, zrobić zakupy, zmoknąć i ogarnąć przyjemności pod tytułem czytanie rssów z ostatniego tygodnia (a raczej przeglądanie, czytam tylko wybrane pozycje, które mnie zainteresują tytułem). Nie przeczytacie tu więc o tym, jak rozpływam się w radości bycia mamą, czy coś w ten deseń. Dzień jak każdy inny.
Ale jestem winna parę relacji, z natłoku zajęć i wyjazdów rowerowych nie miałam czasu pisać. Mała spędziła udany weekend podczas Nocy Muzeów (a raczej wieczoru) z babcią i wujkiem - relacja będzie w kolejnym wpisie. Byliśmy też w trójkę na brzegu mokradeł, bo chcieliśmy zrobić sobie sesję z ręcznikami (25 maja było święto ręcznika - jak ktoś czytał Autostopem przez Galaktykę, to powinien z grubsza wiedzieć o co chodzi), ale niewiele z łażenia po mokradłach wyszło, bo kluska w ręczniku zawiązanym na modłę afrykańskiej kangi wytrzymała minutę, a potem uciekła. No i dupa z sesji, cud że jedno zdjęcie z wiązania zostało. Chyba pomału nadchodzi kres noszenia w szmatach, dziecię zrobiło się za duże (dobija do metra), za ciężkie (przebiło 15 kg) i zbyt samodzielne (w sensie pozytywnym oczywiście). Nawet w uszytym własnoręcznie przez mamusię mei - taiu nie chce długo siedzieć, bo woli biegać za piłeczką. No cóż, baj baj, najwyższa pora wejść w tryb rodzica przedszkolaka.
Co do zachowania - wraz z rozwojem mowy Kluska zaczęła się robić nieco histeryczna i bardzo emocjonalnie reaguje na niektóre wydarzenia. A to nagle nie chce się ubierać, a to nagle nie chce się kąpać, a to nagle już chce i biegnie do wanny, a to nagle w jednym bucie pcha się do wyjścia. A to wpada w lament, bo powiem, że włażenie do drewnianego wózka dla lalek bez naszej pomocy nie jest dobrym pomysłem (gdy chwilę wcześniej z niego wypadła i się potłukła bez jednego jęku, ryk spowodowało moje zdanie). Szybko zmienia nastroje od wielkiej rozpaczy do wybuchu radości i na odwrót. Powiecie - typowe w tym wieku, wiem to i ja. Mimo wszystko wolę, gdy nie dochodzi do walki, czasem ubranie jej i wbicie w fotelik oznacza awanturę na siedem fajerek, gdy minutę później mamy wybuchy radości w trakcie jazdy.
Tata Kluski ostatnio często jeździ z nią rowerem do parku, bo wbicie jej do wózka jest ponad nasze siły, wliczając siły fizyczne (tak, mam na myśli dwie dorosłe osoby, które nie są w stanie utzrymac niespełna trzyletniego dziecka, tak jest silne). Pieszo niekoniecznie dotarliby do parku, prędzej do najbliższego sklepu na zakupy. Z zewnątrz musimy czasem wyglądać jak źli rodzice, co męczą dziecko, ale dokładamy wszelkich starań, by wyglądało to najłagodniej. W każdym razie nie ma w naszej rodzinie żadnych gróźb, straszenia co będzie, gdy będzie, żadnych kar, nagród ani klapsów. Najwyższą formą "przemocy" jest unieruchamianie dziecka, by przestała się rzucać i nie doprowadzanie do sytuacji, gdy w gniewie rzuca się na ściany czy podłogę, bo ma w tym kierunku tendencje.
Może ktoś powie, że Klu weszła nam na głowę i pewnie niewiele się pomyli, zwłaszcza jakby zobaczył nas w ciasnym przedpokoju, gdzie tata Kluski siedzi na podłodze i gra pędzelkami do malowania po jedwabiu na gitarze, a mnie z babcią Kluski i Kluski tańczących w kółko, skaczących i próbujących gibać się a la bugi-ługi w takt muzyki. Jest też wariant, że widząc nas umarłby ze śmiechu. ;)
Środek tygodnia, zwykłe sprawunki, akurat bez zleceń, to można było więcej czasu poświęcić dziecku, zrobić zakupy, zmoknąć i ogarnąć przyjemności pod tytułem czytanie rssów z ostatniego tygodnia (a raczej przeglądanie, czytam tylko wybrane pozycje, które mnie zainteresują tytułem). Nie przeczytacie tu więc o tym, jak rozpływam się w radości bycia mamą, czy coś w ten deseń. Dzień jak każdy inny.
Zainteresowanym rozwojem mowy Kluski nadmieniam, że jest jakby lepiej. Pojawiają się okazjonalne słowa dźwiękonaśladowcze typu bowiek/owiek-człowiek, niamaj-trzymaj, niamnie/liablie-tablet, ura-kura, o-osiem, Ejzia-Elza, boba-zobacz, tu-tutaj, dzieło buff-coś co robi buff, aj/ja - ja i parę innych, których nie pamiętam. Niestety są to nadal pojedyncze urywki, większość słowotoku jest dla nas mało zrozumiała. Im więcej rozumiemy z tego, co mówi, tym chętniej odzywa się do nas ponownie. Kluska nauczyła się też w ciągu ostatnich miesięcy gestu "spać", "pływać", "fruwać" przy okazji rozmów o zwierzętach. A właśnie, próbuje też naśladować żaby w parku, kaczka robi "a a" czyli kwa kwa (nadal trudność sprawiają jej spółgłoski, choć dziś powiedziała "urrra" jak stara). Tak więc ciągniemy równolegle zasadę Makatonu, gdzie trudne do wymówienia słowo pokazujemy gestem. Nie uczymy gestów słów, które Kluska potrafi powiedzieć, nawet jeśli jej to przychodzi z trudem. Nie pokazuję też słów na piktogramach, czasowniki i przymiotniki pokazuję jej na żywo, na zabawkach, filmach,książkach, w rzeczywistości namacalnej. Naszym głównym celem jest porozumiewanie się, bezpośredni rozwój mowy traktujemy jako rzecz mniej priorytetową.
Tata Kluski ostatnio często jeździ z nią rowerem do parku, bo wbicie jej do wózka jest ponad nasze siły, wliczając siły fizyczne (tak, mam na myśli dwie dorosłe osoby, które nie są w stanie utzrymac niespełna trzyletniego dziecka, tak jest silne). Pieszo niekoniecznie dotarliby do parku, prędzej do najbliższego sklepu na zakupy. Z zewnątrz musimy czasem wyglądać jak źli rodzice, co męczą dziecko, ale dokładamy wszelkich starań, by wyglądało to najłagodniej. W każdym razie nie ma w naszej rodzinie żadnych gróźb, straszenia co będzie, gdy będzie, żadnych kar, nagród ani klapsów. Najwyższą formą "przemocy" jest unieruchamianie dziecka, by przestała się rzucać i nie doprowadzanie do sytuacji, gdy w gniewie rzuca się na ściany czy podłogę, bo ma w tym kierunku tendencje.
9.2.15
Bałwanek podróżny
Ten rok jest niezwykle płodny jeśli chodzi o bałwanki prowizoryczne. Tak to jest, jak co chwila śnieg topnieje. Poniżej przedstawiamy sposób na bałwanka bardzo tymczasowego, jednak niezbędnego podczas wycieczki rowerowej zimą. A poza tym to jedyny sposób, by dziecko włożyło rękawiczki. A nawet się ich dopominało!
Mniej znaczy więcej, cytując mego ulubionego architekta. Do zrobienia bałwanka podróżnego potrzebne są dwie zlepione kule śniegu. Nawet nie musi mieć oczu. Ważne, że jest bałwankiem i podziwia świat. Oraz uczestniczy w karmieniu gołębi. Tym razem kaczki się na nas wypięły. Za to w trakcie robienia zdjęć zaczął padać śnieg. Niesamowite, tym bardziej że w tym samym czasie wyszło słońce. Jak w marcu na Warmii ;)
Bałwanek przydał się też podczas przejazdu na dworzec. Dokładniej - dwa bałwanki i oba zgubiliśmy po drodze. Poza tym skręciliśmy nie tam gdzie trzeba i Kluska się trochę wkurzyła. A my jak na złość nie zabraliśmy ze sobą soku z marchwi. Ale przypomniało mi się, że ostatnio Klu daje się obłaskawić kołysanką "Aaaa, kotki dwa". O każdej porze dnia i nocy. To zaśpiewałam. Dziecię zażądało powtórki i nie chciało tatowej piosenki kąpielowej "Bum cyk cyk, i rata rata, nie ma to jak los pirata". Mają być kotki i już. To to sobie szliśmy z moim wyciem w tle.
Kluska dostarczona na dworzec odkryła oczekującą babcię, która była wcześniej wyszła, bo nie chodzi tak szybko jak my i której szykowanie się jeszcze w domu do wyjścia zostało obwieszczone frazą "ba ba je-dzie". Kluska zasadniczo posługuje się sylabami, ale od czasu do czasu jej coś wyjdzie z mowy prawdziwej. A jak wyjdzie, to tak, że aż nie mogę uwierzyć. Zupełnie wyraźnie, jakby zawsze umiała mówić. Tylko że zazwyczaj tego nie robi, hrr. Mamy teraz kolejną falę gadatliwości. To przychodzi i odchodzi, w ciągach po kilka dni, ale chyba jest coraz lepiej.
Dziecko wrzucone do pociągu, a my z tatą Kluski zabraliśmy niepotrzebny już wózek i poszliśmy poszukać kilku mikrusów na mieście (geocaching). Wózek nam robił za genialny kamuflaż, nikt nie podejrzewa o nic rodziców z wózkiem. A że w wózku siedział miś, po ciemku i tak nie widać ;)
No i mieliśmy wolny weekend, który ja w połowie przespałam, a w drugiej połowie zajęłam szyciem podaegi (takie koreańskie nosidło z gatunku etnicznych, o którym napiszę innym razem). W trzeciej przepracowałam (tak zwany międzyczas), bo zlecenie wpadło jak zwykle w piątek wieczór. Dziecię w tym czasie bawiło w Hula-Kula pod BUWem oraz w Centrum Kopernik nad Wisłą. Całkiem dobre miejsce dla dwulatków, o ile wcześniej kupi się bilety przez internet. Kolejki do CK, jak po mięso z lat osiemdziesiątych, nie polecam nikomu z małym dzieckiem. Zdjęcia będą później, bo wujek przegrał wojnę z Kluską o dostęp do własnego komputera i nie mógł zgrać danych z karty. ;)
Mniej znaczy więcej, cytując mego ulubionego architekta. Do zrobienia bałwanka podróżnego potrzebne są dwie zlepione kule śniegu. Nawet nie musi mieć oczu. Ważne, że jest bałwankiem i podziwia świat. Oraz uczestniczy w karmieniu gołębi. Tym razem kaczki się na nas wypięły. Za to w trakcie robienia zdjęć zaczął padać śnieg. Niesamowite, tym bardziej że w tym samym czasie wyszło słońce. Jak w marcu na Warmii ;)
Bałwanek przydał się też podczas przejazdu na dworzec. Dokładniej - dwa bałwanki i oba zgubiliśmy po drodze. Poza tym skręciliśmy nie tam gdzie trzeba i Kluska się trochę wkurzyła. A my jak na złość nie zabraliśmy ze sobą soku z marchwi. Ale przypomniało mi się, że ostatnio Klu daje się obłaskawić kołysanką "Aaaa, kotki dwa". O każdej porze dnia i nocy. To zaśpiewałam. Dziecię zażądało powtórki i nie chciało tatowej piosenki kąpielowej "Bum cyk cyk, i rata rata, nie ma to jak los pirata". Mają być kotki i już. To to sobie szliśmy z moim wyciem w tle.
Dziecko wrzucone do pociągu, a my z tatą Kluski zabraliśmy niepotrzebny już wózek i poszliśmy poszukać kilku mikrusów na mieście (geocaching). Wózek nam robił za genialny kamuflaż, nikt nie podejrzewa o nic rodziców z wózkiem. A że w wózku siedział miś, po ciemku i tak nie widać ;)
No i mieliśmy wolny weekend, który ja w połowie przespałam, a w drugiej połowie zajęłam szyciem podaegi (takie koreańskie nosidło z gatunku etnicznych, o którym napiszę innym razem). W trzeciej przepracowałam (tak zwany międzyczas), bo zlecenie wpadło jak zwykle w piątek wieczór. Dziecię w tym czasie bawiło w Hula-Kula pod BUWem oraz w Centrum Kopernik nad Wisłą. Całkiem dobre miejsce dla dwulatków, o ile wcześniej kupi się bilety przez internet. Kolejki do CK, jak po mięso z lat osiemdziesiątych, nie polecam nikomu z małym dzieckiem. Zdjęcia będą później, bo wujek przegrał wojnę z Kluską o dostęp do własnego komputera i nie mógł zgrać danych z karty. ;)
13.1.14
Ba Ba Ba Ba Ba Ba... bu... nia...
To wczoraj po przebudzeniu powiedziało moje dziecko. Ledwo wstałam, właśnie się zbierałam do robienia jej mleka, ale jeszcze udawałam, że śpię by nieco oprzytomnieć. Wyszło jej zupełnym przypadkiem, nie powiedziałabym, że świadomie babcię wołała, ale kto wie? Babci nie ma od piątku, ale zazwyczaj to ona pierwsza widzi rano Kluskę, bo śpią w jednym pokoju. I tak jestem przeszczęśliwa. Od paru dni czasem udaje się jej nieśmiało powiedzieć coś więcej niż ba ba czy ma ma. Pojedyncze sylaby, ale to i tak kosmiczny postęp od czasów raczkowania, kiedy to dziecię zajęło się nauką wstawania i praktycznie zaniemówiło.
A ze światełkiem do nieba, wstyd się przyznać, ale przegapiliśmy. To znaczy nie do końca, obejrzeliśmy z balkonu, ale na plac nie zdążyliśmy. Jakoś tak była 19, a potem nagle za kwadrans 20, a my w rosole. No nic, może za rok?
Kluska poranna samoobsługowa. Z jednym otwartym okiem
wsypuję mleko do wody z podgrzewacza, oddaję jej butlę
do kojca i idę dalej spać. Potem przejmuje ją tata.
A ze światełkiem do nieba, wstyd się przyznać, ale przegapiliśmy. To znaczy nie do końca, obejrzeliśmy z balkonu, ale na plac nie zdążyliśmy. Jakoś tak była 19, a potem nagle za kwadrans 20, a my w rosole. No nic, może za rok?
Subskrybuj:
Posty (Atom)