Od zawsze podobały mi się dzieci noszone w chustach i nosidłach, kiedy dowiedziałam się o ciąży, wiedziałam że spróbuję. Ponieważ mój kręgosłup źle znosi duże obciążenia i nawet po noszeniu lekkiego plecaka daje się we znaki, planowałam pobawić się krótko, przez pierwsze trzy miesiące. Głównym obiektem spacerowym miał być i nadal jest wózek. Potem przerwa i dopiero nosidło turystyczne dla taty Kluski do łażenia tam, gdzie tachać wózek będzie niewygodnie. Jako że początkującym chuściarom poleca się elastyki, jako najłatwiejsze w obsłudze - zakupiłam takowyż. Od Pentelki*, chyba najtańsze na rynku, a jakością nie odbiegające od tak zwanej średniej. I tylko tu dało się zamówić gładki, ciemnoszary (pasiaki jakoś mnie nie kręcą). Zaczęło się super, mała lubiła, spała w chuście, byłyśmy kilka razy na spacerze, lecz niestety kręgosłup bolał po niecałej godzinie łażenia. Poza tym okazało się, że z zewnątrz wydaje się to prostsze. Wiązanie i supłanie zajmowało mi każdorazowo z dziesięć minut, to była wieczność! I jeszcze jedna przeszkoda. We wszelkich internetowych poradnikach są samouczki, jak dziecko do chusty wkładać. Ale ani jednego, jak dziecko z niej wyjmować! Oj, napociłam się srogo. Ale w sumie było fajnie. Myślałam, że z czasem się polepszy, choć mała momentami nie bardzo chustę lubiła. Pozycja "na żabkę" zmniejsza widoczność, a ona od urodzenia lubi na wszystko patrzeć i ograniczanie tego hobby jest ciężkim przestępstwem.

Życie czasem jednak zaskakuje, pojawiło się podejrzenie dysplazji bioderek (tym większe, że tata Kluski miał w dzieciństwie) i szlaban na chustowanie jakiekolwiek. Zanim dotarliśmy do specjalisty, gdzie okazało się, że był to jednak fałszywy alarm - upłynęło kilka tygodni. I już miałam znów chustować, gdy przyplątała się asymetria. No kurczę. Kolejny szlaban, kolejka do neurologa, na szczęście asymetria sama się cofnęła w przeciągu paru tygodni. I wreszcie, wreszcie, mogłam z czystym sumieniem nosić małą. Tylko.... że to był już piąty miesiąc, a Kluska przebiła sześć kilogramów! Troszkę za dużo na elastyka. Ale przy umiejętnym zawiązaniu było całkiem nieźle. Byliśmy na kilku imprezach, czasem też nosiłam małą po domu. Przy dziecku naręcznym chusta to skarb. Już wtedy wiedziałam, że tkanej nie kupię, skoro tak słabo mi idzie wiązanie najłatwiejszego typu. Z tradycyjną sobie nie poradzę. Prędzej sąsiedzi usłyszą zza ścian soczystą wiązankę. Niestety dziecko nie robiło się lżejsze i z każdym tygodniem było trudniej.

Pojawił się temat Mei-Tai i nosideł ergonomicznych. Niestety ceny Tuli mnie mocno zastopowały. Za to tradycyjne Mei-Tai to kolejne supły i plątanie się w zwojach materiału. Co prawda tylko czterech wąskich zwojach, ale mając wybór - doszłam do wniosku, że przy małym dziecku prędzej mnie szlag trafi, niż sama to zawiążę. Albo mi mała wyleci i będzie dramat z "kocykiem" w tle. To jest zabawa dla większych dzieci. Albo inaczej, to jest zabawa dla kobiet o silnych rękach i zręcznych dłoniach. Ja takowych nie posiadam. Co ciekawe, w międzyczasie od ciągłego noszenia dziecka mój kręgosłup wzmocnił się na tyle, że osiem kilo dziecka nadal mnie nie przerasta. Nie jestem w stanie nosić dłużej niż pół godziny (boli!), ale da się wytrzymać. Wreszcie przypadkiem, chcąc kupić nachustowy polarowy śpiworek z nóżkami, trafiłam u Pentelki na niedrogie, sztruksowe, ergonomiczne nosidło, technicznie niczym nie różniące się od Tuli (tylko wielkością, długością pasów itp.) Zasada jest taka, że to co się w Mei-Tai wiąże - w ergonomikach załatwia się jednym klik-klak. Dla mnie to Kanada! Koniec z supłami! Nareszcie!

Klusię jest długie, dlatego nosidło nie wydaje się dużo za duże.
Ale tak naprawdę jest do niego ciut za mała "wiekowo".
I tu kolejny schodek, nosidło Pentelki jest od
ósmego miesiąca, a tak naprawdę dla siadających dzieci. I znów jestem zastopowana. Z drugiej strony noszenie długiego ośmiokilowego dziecka w elastyku nijak nie robi mu lepiej na kręgosłup. A noszenie na rękach to już w ogóle dramat, jakbym Kluski nie trzymała, zawsze ma krzywo nogi albo kręgosłup. W nosidle chyba jej nawet lepiej, bo łatwiej uzyskać szeroką żabkę. Przy okazji moje ręce są mniej obciążone. Nosząc raz na jakiś czas przez góra dziesięć minut raczej nie zrobię jej krzywdy, a sobie oszczędzę bólu łap i pleców. Robię to na własne ryzyko. Ot, trzeba uważać, żadnego noszenia godzinami bez przerwy (to nie to samo co tkana chusta), najlepiej dodatkowo dziecko podtrzymywać, co zresztą robię. Jakoś doczekamy kwietnia, obecna aura i tak nie nastraja do długich spacerów.
Śpiworek z nóżkami za grosze,
w sumie polecam, choć taśmy są za cienkie,
co uniemożliwia ich sterowanie-
są na pełnym luzie.
Plus małe sprawozdanie z codzienności. Co zrobiło wczoraj Klusię? Zazwyczaj pcha się do siadania, więc czasem podajemy jej dłonie, by się sama podciągała. Robi to z coraz mniejszym wysiłkiem, ale dziś nas zaskoczyła. Zaparła się nóżkami i z pozycji półsiedzącej wstała z wyprostowanymi nogami! Ze zdziwienia zamarłam trzymając ją za łapki... Niesamowite! Przy czym nadal nie pełza i nie ma ochoty się przewracać, choć robimy dużo, by jednak to polubiła i od czasu do czasu udaje się nam ją namówić.
Dzisiaj dla odmiany trochę przepełzła do tyłu, ledwie 10cm ale i tak się cieszę :)
*To nie jest wpis sponsorowany, podaję firmę jako ślad tańszego odpowiednika dla osób mniej zamożnych, albo z wężem w kieszeni. To się nazywa marketing szeptany czy coś ;)