3.7.17

Czerwcowa wycieczka do parku Bajka w Błoniu

Który to już raz pojechaliśmy rowerami w to miejsce, nie zliczę. Mogę powiedzieć, że czuję się tam prawie jak w domu. Kluska chyba też. Niestety tuż przed wycieczką, a raczej parę dni wcześniej na poprzedniej, pechowo wkręciła mi się w napęd gałąź i wygięła przerzutkę. Mój dalekobieżny rower poszedł do gruntownego remontu, a ja jechałam na zapasowej holenderce, która jest ciut starsza ode mnie, to znaczy ma więcej niż czterdzieści lat. Skoro ona się dobrze trzyma, to ja tym bardziej. Jak widać wytrenowane nogi dadzą radę przejechać prawie 50 kilometrów w ciągu jednego dnia. W dwóch ratach bez większych postojów, chyba że na zrywanie polnych kwiatków, krowy, konie, bociany czy kupienie buły w sklepie.


Wszędzie zielono, jak to w czerwcu.


Tu muszę dodać, że w nocy przed wyjazdem jeszcze cerowałam naszą piracką flagę, bo byłą się nam jesienią połamała do końca i trzeba było nowy kijek, a samą flagę ponownie przeszyć z racji lekkiego podarcia. Jestem zadowolona z efektu, chociaż Klusce się włączył tryb patriotyczny i zażądała polskiej z orzełkiem na białym tle. Ratunku! ;)


Bocian! Wierciła nam w brzuchu dziurę żądając spotkania z bocianem, to się doczekała, nawet dwa się po drodze trafiły.


Dlaczego zawsze mam na wycieczkach prędkość średnią, jakbym jechała pedałując jedną nogą? Bo trzeba co chwila hamować. Mamo, jakie ładne kfiatki!


Koniiiikiiii....


Klooowyyyy....


A potem człowiek utknie pod szlabanem, bo akurat dwa pociągi jadą. Jeden w jedną stronę... długo nic i potem kilkanaście wagonów towarowych w drugą... jak to na linii Sochaczew - Warszawa


Wreszcie na miejscu. Niestety przykrych parę niespodzianek, górki - wieloryby w połowie zamknięte z powodu rekultywacji trawy, a wraz z nimi największa zjeżdżalnia. Na dodatek została zdewastowana fabryka piasku, główna atrakcja wioski indiańskiej. No nic, trzeba się pocieszyć innymi atrakcjami.


A inne atrakcje to między innymi kącik muzyczny z cymbałkami, rurami i bębnami.


Dwie duże galerie krzywych luster...


Domki kule


Szachy plenerowe


Siłownia


Dużo kulek


I dziurek


Fontanna



I coś, co mi się w "Bajce" najbardziej podoba, może dlatego, że nie widziałam nic innego na żadnym placu zabaw. Tor przeszkód na murkach, a murków jest naprawdę sporo.


Gigantyczne leżaki


Uff, czas na zimną kawę zbożową, obowiązkowo z blaszanych kubeczków. Tacie został od termosu.


Myślicie, że to koniec? To tylko przerwa konsumpcyjna.  Jeszcze trzeba obskoczyć orczyk.


I pójść tam, gdzie nie wolno, bo to dla starszych dzieci. Kluska uznała, że jest starsza i po prostu wlazła. Chyba w sumie z kilkanaście razy, po linach do każdej zjeżdżalni. Jak małpka. A ja stałam na dole i asekurowałam, bo co mi pozostało, zła matka. Sama wlazłam tam przy okazji innych wycieczek, z góry wygląda bardzo bezpiecznie, tylko z dołu przerażająco wysoko. Ale łapki odruchowo miałam w górze, gdy młoda wchodziła w niebezpieczny rejon z dużymi dziurami. ;)


No dobra, basta, padamy z nóg. Marchewka w dłoń i do domu. Zanosiło się na deszcz, więc na wszelki wypadek mieliśmy pod ręką pelerynkę przeciwdeszczową Coverover.


Oczywiście Kluska zasnęła po drodze, w tym samym mniej więcej miejscu, co zwykle. Więc znów zawiązałam chustę na przyczepce, żeby jej głowa nie wylatywała, ale było kiepsko. Kluska urosła i za bardzo wystaje ponad oparcie, więc ciężko jej złapać głowę. To jedyny feler Weehoo I-go, nie ma odchylanego do tyłu oparcia. Poza tym znów zgubiliśmy jakąś śrubkę. Jak to my. Zalepi się srebrną taśmą i jakoś to będzie, jeśli nie znajdę o podobnym gwincie w szafce dziadka.


12.6.17

Majowe szaleństwa cz. II

Druga połowa maja upłynęła nam mocno imprezowo. Na przykład w przedszkolu odbyło się łączone Święto Mamy i Taty, gdzie dzieci pochwaliły się przygotowanym programem scenicznym. Było bardzo wesoło i usłyszałam tę samą piosenkę, co Klusię śpiewało przez ostatni miesiąc - w wykonaniu dwudziestki wrzaskunów. Poza tym były jeszcze wierszyki  i w ogóle byłam niezmiernie wzruszona. Chyba tydzień wcześniej mieliśmy również zajęcia integracyjne z figurami geometrycznymi, nasza rodzina wylądowała w kółeczkach.


26 maja (w moje imieniny zresztą, nie tylko Dzień Mamy) obyło się w Żyrardowie Święto Lnu, po raz pierwszy zapoczątkowane wielką paradą, w której jako przedstawiciele przedszkola mieliśmy przyjemność uczestniczyć. Tak zwana grupa balonikowa. Trochę było zabawy z balonikami, bo najpierw Kluska za nic nie chciała żadnego trzymać, a potem wręcz kłóciła się o kolory. Moje dziecię zawsze coś nawywija. To mój żółty, Kluska miała fioletowy, a tatuś zielony. ;)


Miejscówkę mieliśmy genialną, bo tuż za orkiestrą dętą, która jeszcze przed wyruszeniem zagrała na rozgrzewkę motywy z Gwiezdnych Wojen. Czad! Chyba lepiej się szło w paradzie niż ją oglądało z zewnątrz.


Po paradzie przyszedł czas na Strajk Szpularek, który z tatą Kluski widzieliśmy już wiele razy, a w zasadzie i tak się na niego spóźniliśmy, bo poszliśmy do pobliskiego Muzeum obejrzeć len, jarmark i skorzystać z toalety. No i trafiliśmy na samą końcówkę.


W muzeum był też komisariat i rower.


A tu duuużo maszyn. One nadal działają!


Wzorniki do farbowania tkanin


Ile waży pełny brzuszek? A ile pusty?


 Kluska w maju była też kilka razy w Warszawie, w tym zwiedzała Łazienki oraz Ogród Botaniczny. Wiosną jest tam najpiękniej.


Był też piknik Straży Pożarnej, przez który Kluska przez moment zmieniła chęć zapisania się do policji na straż ogniową. :)


Poza tym płynęła promem...


Odpoczywała na ławeczce Lindleya


oraz korzystała z nowej zabawy wodnej na pobliskiej skarpie. Można tak ustawiać tamy, że woda leci zadanym torem. Nad Wisłą trudno się nudzić.


Zwiedzała też Barbakan. Ze trzy razy o ile dobrze liczę. :)


Spotkała też Kubusia Puchatka. W książce wydawał się mniejszy. ;)


Jeździła też sporo na rowerku, aż odkręcił się suport, ale mamusia wzięła jakieś narzędzia ze sławnej szafki dziadka i zreperowała. Prowizorycznie, więc powinno starczyć na lata. ;)


Do przedszkola nadal jeździmy rowerem, czy to deszcz, czy wiatr, czy słońce. :)


My z tatą Kluski niezależnie w maju odbyliśmy kilka wycieczek krótszych i kilka dłuższych z namiotem, ale już Was nie będę zamęczać, nasze rowerowe wojaże można czytać na naszych bikestatsach czyli lavince i meteorze.

4.6.17

Majowe szaleństwa cz. I

Prawie nie pisałam nic w maju i mam za swoje. Jak teraz nadrobić w jednym wpisie wyjazd do lunaparku w Chorzowie, pikniki weekendowe w Warszawie, Noc Muzeów, Dzień Mamy i Taty w przedszkolu, paradę podczas Święta Lnu w Żyrardowie i zwykłą kolorową codzienność? Poddaję się.

A może jednak? Chyba podzielę relację na dwie części.

To może z innej beczki, teatralnie. W ciemno polecam przedstawienie "Alicja w krainie czarów" . Teatr Roma dla dzieci? Też się zdziwiłam. Są fantastyczni! Alicję grają naprzemiennie dwie utalentowane dziewczynki, miejsca w pierwszym rzędzie czasem zapewniają dzieciom krótką wizytę na scenie. Kluska oczywiście też się wepchnęła. ;)


Druga atrakcja - lunapark w Chorzowie, który zmienił ostatnio nazwę na Legendia czy coś tam coś tam. Strasznie nieznany, więc im robię reklamę, bo jak splajtują, to moje dziecko nie będzie miało gdzie jeździć. ;)


A niedaleko od lunaparku jest coś zupełnie przeciwnego. Cisza, spokój, wsi spokojna. Skansen czyli dokładnie "Górnośląski Park Etnograficzny". Jak ja uwielbiam skanseny. Obok siebie mam Skansen w Maurzycach i w Łowiczu oraz ogromny w Sierpcu, byłam też w skansenie w Sanoku, Muzeum Wsi Lubelskiej (od któego to zaczęła się moja wielka miłość do skansenów), w malutkim skansenie w Toruniu, w nieco większym skansenie kurpiowskim w Nowogrodzie (cudowny!) i w Ciechanowcu. No i w mini skansenie Wojciecha Siemiona (r.i.p.). Jest gdzie jeszcze z Kluską pojechać. ;)


Oczywiście zabawką dnia okazał się drewniany wózek, przebił nawet dojenie sztucznej kozy. ;)


Noc Muzeów. Moc atrakcji dla dzieci, tym razem ambitniej - operą. Warszawska Opera Kameralna położona przy pięknym skwerze na warszawskim Muranowie robi coś wspaniałego. Rodzinne Poranki Operowe. Dla dzieci od 3-8 lat, czyli dla dzieci całkiem niedużych.

Prócz samej opery (Kluska była na "Czarodziejskim Flecie") można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy.

I krótki film z możliwości wokalnych pana.


Ale nie samą kulturą człowiek żyje, trza się zabrać za inne zajęcia, na przykład koniecznie odwiedzić zabytkowe tramwaje. W jednym było pianino. Nie dało się uciec kulturze, dopada człowieka w najmniej spodziewanym momencie. ;)


W ciągu dnia natomiast Kluska przymierzała się do zostania policjantką. Co prawda już nieaktualne, bo chce zostać strażakiem, ale wtedy jeszcze była zdecydowana na pilnowanie porządku w mieście. ;)

Ciąg dalszy nastąpi...

10.5.17

Antyhejt na papugarnie

Ostatnimi czasy pojawiła się nowa moda. Tworzą się ptaszarnie, stary zwyczaj znany jeszcze z XIX wieku, tylko dziś przeprowadzany w nieco innej formie i nazwany papugarniami, gdyż to właśnie papug w nich najwięcej. Biedne ptaki latają gdzie chcą zamiast siedzieć w klatkach, jedzą co chcą zamiast być karmione idealnie dobraną paszą do ich koloru piórek... i jeszcze te cholerne bachory je męczą. Tak wielkim skrócie hejt niesie się po sieci.


A jak jest naprawdę. Ptaki żyją na tej planecie o wiele dłużej niż my. Trochę im pomogliśmy częściowo wyginąć, teraz hodujemy część dla przyjemności. Dopóki ptakom nikt nie wyrywa piór i nie próbuje upiec pod zapalniczką, jakoś to przeżyją.


Wydaje mi się, że w tej sprawie najważniejsze jest to, czy dziecko rozumie, że ptak to nie nowa elektroniczna zabawka. Że toto czuje, że umie się bronić pazurami i dziobem, że chętnie zje posiłek, ale bez spoufalania mi tu. Co prawda można od nich złapać ptasią grypę i inne pasożyty, ale czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? Toteż właśnie. Przymusu odwiedzania nie ma, a ci co zechcą, może się dowiedzą o zwierzakach czegoś nowego.


W sumie to przewspaniałe doświadczenie oglądać zwierzę nie na filmie, zdjęciu czy obrazku. Że komuś to przeszkadza? Zawsze coś komuś przeszkadza. Nauczyłam się z tym żyć i uczę tego moje dziecko.


Zatem powodzenia w kontakcie z pół-naturą :)