17.11.14

Wakacje

Chwilowy zastój na blogu spowodowany był długim weekendem. Po prostu nas nie było. To znaczy byliśmy, ale każdy gdzie indziej i nie było czasu ani miejsca pisać. Kluska wraz z wujkiem i babcią spędziła chyba najlepszy tydzień w swoim życiu, w Marsa Alam. A właściwie hotelu położonym opodal tego egipskiego miasteczka nad Morzem Czerwonym. Zdecydowanie lepsze miejsce od Egiptu śródziemnomorskiego dla osób posiadających dzieci i niekoniecznie lubiący imprezować do rana. Cisza, spokój, laguna, leżaczki i upiornie gorąco. Nienawidzę upałów, podobnie zresztą jak tata Kluski i dlatego my w tym czasie byliśmy zupełnie gdzie indziej. To znaczy w górach na północ od Budapesztu.


Tak się nam rozjechało po świecie. Na szczęście w okolicy uchodzimy za biedaków, bo nie mamy na parkingu drogiego samochodu, to nie musieliśmy się bać, że nam dom obrobią (ponoć ten weekend to żniwa dla złodziei okradających mieszkania) i możemy się rozjeżdżać po całym świecie. Zresztą co by u nas było do ukradzenia. Jedyną cenną rzeczą w domu jest lodówka, a żeby ją wynieść z kuchni, trzeba wymontować framugę, bo inaczej nie przejdzie ;)


Dlaczego najlepszy tydzień w życiu Kluski? Bo podług wszelkich reakcji odnalazła swój raj. Przede wszystkim jej ulubiony żywioł - woda. Po horyzont! Taka wanna! Potem jej drugi ulubiony żywioł czyli ziemia, a raczej piasek. Po horyzont! Bo hotel jest położony na skraju pustyni. Czy poszła na wycieczkę kilometr w kierunku pustyni zabierając wujka? Czy spanikowana obsługa hotelu nie pobiegła ich szukać i znalazła po drodze? No cóż, jak to mawia Luca na "zaprzyjaźnionym" blogu - gena nie wydłubiesz. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Nasza rodzina zdecydowanie bardziej ma w nogach niż w głowie, cokolwiek to jest ;)


Atrakcji było co niemiara, prócz piasku, słońca i wody byli tubylcy zachwyceni żywiołością małej. Klu jest złotym dzieckiem, komu spojrzy w oczy - hipnotyzuje i zamienia w sługę. A "sług" w hotelu było co niemiara i tu jeszcze bardziej rozwinęła swe królewskie zdolności. Och, jak ona uwielbia wydawać polecenia. To tu a to tam. Ty tutaj, a ty to. Tubylcy obdarowywali ją prezentami (w swej naiwności licząc na to, że złapią nowego klienta, ale z tym różnie bywało), przywiozła w ten sposób do domu skarabeusza, ogromną zieloną torbę na ramię i bransoletkę. Przywiozła też łyżeczkę z hotelu, którą w tajemnicy wcisnęła babci do bagażu i ta odkryła ten fakt dopiero po powrocie do domu. Nooo cóżżżżż... niech to pozostanie naszą słodką tajemnicą ;)


Były też bliskie spotkania trzeciego stopnia z wielbłądem (wujek Kluski uparcie twierdzi, że na jego widok wydawała z siebie bardzo charakterystyczny bełkot, który oznaczał bez wątpienia TO zwierzę), były koniki i była próba wspinaczki na rafę koralową, co skończyło się dość mocno startymi kolanami. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, ponoć nawet nie pisnęła z bólu. Kluska spędziła też trochę czasu na basenie, tylko do dzieci nie miała szczęścia, większość była o kilka lat starsza i traktowała ją co najwyżej jak maskotkę. Więc bawiła się raczej sama lub w towarzystwie dorosłych.


A co my? A my oczywiście na rowerach. O tej porze roku Węgry są ciut cieplejsze niż Polska. Różnica zaledwie kilku stopni, ale za to dzień dłuży o ok. 45 minut i to jesienią robi dużą różnicę. Taki późny październik. W sam raz do zwiedzania górskich krajobrazów. Co prawda na Węgrzech nie ma dużo gór i są one wysokością porównywalne z Bieszczadami, to jednak nadal mają wiele uroku. Choćby dlatego, że w większości są niezamieszkałe. Miejscowości są rozrzucone zazwyczaj w dolinach, a góry często zamknięte dla samochodów. Tylko ruch turystyczny, czyli rowerowy+trek. W sam raz dla takich jak my.




Nie omieszkaliśmy też zwiedzić Budapesztu, ominęliśmy tylko sławne termy, zwykły prysznic nam wystarczył. Tym bardziej, że było tyle do obejrzenia! Mieszkaliśmy na statku na Dunaju. Prawdziwym statku i to z niebagatelną historią. Kiedyś należał do floty rosyjskiej i był parowcem wycieczkowym. Zbudowano go w 1903 roku! Dziś mieści się tu hotel Aquamarina, ale prawdziwa nazwa statku to Великий князь Александр Михайлович. Niejedyna, bo potem go jeszcze kilka razy przemianowali. W Budapeszcie zobaczyliśmy tylko to, co się nawinęło po drodze, czyli np. ruiny rzymskiej osady, ruiny amfiteatru, wzgórze zamkowe, parlament i wszystko po drodze. Czuję niedosyt, ale mieliśmy na zwiedzanie tylko jeden dzień.


Od siebie polecę też miejscowość na północ od Budapesztu - Szentendre. Malutkie miasteczko przytulone do Dunaju, królowej europejskich rzek. Z żalem opuszczałam stare mury, ale góry czekają. W górach było trochę ostrych podjazdów, ale nie tak męczących jak w zeszłym roku w Norwegii, sama nie wiem czemu tak marudziłam. Chyba dla zasady, bo ja zawsze marudzę na podjazdach. Zwłaszcza jak mi serce dostaje pikawy i muszę rower pchać, albo w ogóle stać przy drodze i czekać, aż się uspokoi. Mięśnie mają siłę, płuca super, a serce mam do kitu. Człowiek chwilę odsapnie i jedzie dalej. A tu nagle znikąd mgła. Wjechaliśmy w chmurę. To było naprawdę niesamowite. Widoczność góra dwadzieścia metrów. Przez parę godzin znikaliśmy sobie nawzajem we mgle (jak zwykle na wycieczkach z Longinem grupa jedzie tylko w teorii razem, w praktyce każdy jedzie po swojemu, swoją trasą i o różnej porze dociera na nocleg).


Ostatniego dnia tata Kluski wymyślił trasę alternatywną na skróty. Od początku kręciłam na nią nosem, bo wydawało mi się, że będzie na niej 2x tyle podjazdów co na trasie Longina i na pewno nie będzie szybciej. I faktoza, co prawda jechaliśmy pół trasy po słowackim brzegu Dunaju i piliśmy herbatę na plaży, ale jak wjechaliśmy w góry to jechaliśmy i jechaliśmy i jechaliśmy. No i na koniec byliśmy godzinę spóźnieni. Za to przejechaliśmy mostem granicznym (dostępnym tylko pociągom, rowerzystom i pieszym), obejrzeliśmy spory odcinek czynnej w sezonie kolejki wąskotorowej i przejechaliśmy przez kilka tubylczych malutkich wsi. Bardzo lubię patrzeć na prawdziwe życie zwykłych mieszkańców. W miejscach turystycznych wszystko jest trochę przerysowane i na pokaz. Trawniki odmalowane na zielono, uśmiech przyklejony do obsługi. Tu, gdzie nikt nie dociera poza takimi wariatami jak my - można obejrzeć skrawki prawdziwego życia prawdziwych ludzi.


Węgrzy jawią mi się jako ludzie otwarci i sympatyczni. Tylko ni diabła nie można zrozumieć, co mówią. Na szczęście wielu z nich zna angielski, częściej jednak niemiecki. Tak czy siak idzie się dogadac na migi, choć raz w pewnej podbudapesztańskiej piekarni wzbudziliśmy mały popłoch w obsłudze domagając się tego czy tamtego po angielsku. Ale w końcu dostaliśmy chlebuś i słodkie bułeczki, więc wszyscy byli zadowoleni. Węgrzy są też brązowi. Nareszcie ktoś podobny do mnie. Jasne lub ciemne włosy, ale na pewno brązowe. Czarnobrewi, nieco wyżsi od Polaków (średnio) i chyba nieco grubszej kości. Przeważają jasne piwne oczy, nawet u blondynów. Jeśli jasne, to raczej zielone i szare niż niebieskie. Cera nie do końca śniada, raczej żółtawa, taka jak u mnie. Zawsze mam problem z kosmetykami w Polsce, bo jasne podkłady są tylko różowawe. A ja mam jasną, ale beżową skórę. Coś chyba mam w genach z tej nacji, często widywałam na ulicach Budapesztu mężczyzn podobnych rysami do mojego taty. A ja rysami twarzy właśnie w tatę poszłam (na stare lata, bo za młodu byłam platynową blondynką, hi hi).


Z wyjazdu wyniosłam wiedzę, że s czyta się jako sz, a sz jako s. A większość zwykłych lokali zamykana jest o 19. Dłużej są tylko restauracje dla turystów, ale paradoksalnie tam najtrudniej dostać miejscowe jadło. Węgrzy chodzą spać z kurami i warto o tym pamiętać szanując ich prawo do ciszy wieczornej. Imprezujemy góra do 21, a potem spać. 

Najbardziej ze wszystkiego uwielbiam nasze spotkania rodzinne, gdy siedzimy w kuchni lub salonie, oglądamy pamiątki z podróży i opowiadamy sobie o przygodach. Przygody mamy różne, różniste, czasem wesołe, czasem bulwersujące (np. w  Budapeszcie spotkaliśmy ziomali z Polski odwalających bucerę na zamku, panie się na siebie darły, a ich kolega palił w fotelu pod zakazem palenia). Tym śmieszniej w tym wypadku, że babcia Kluski i wujek też byli w tym roku w Budapeszcie, tylko cały weekend i zwiedzali niekoniecznie te same miejsca co my. Będzie co robić w zimowe wieczory. :)


Więcej szczegółów Longinady na Węgrzech znajdziecie na naszych bikestatsach, ale relacja jeszcze się pisze, więc może za kilka dni będzie gotowa w całości, wtedy podlinkuję.

6.11.14

Dziecko w listopadzie na rowerze

Pogoda rozpieszcza. Jest tak ciepło, że nawet w zwykłym jesiennym ubraniu robi się za gorąco. Zwłaszcza gdy się biega po lesie. Tak naprawdę mieliśmy pojechać na plac zabaw. Ale po drodze zmieniliśmy zdanie. Takiej pogody nie można marnować. No i wylądowaliśmy zupełnie gdzie indziej. W złotym raju.





Uwielbiam las jesienią. Szuranie liśćmi, oglądanie każdego z osobna, rozrywanie w celu poznania struktury. Ten dębu, ten grabu, ten olchy. Nie ma już komarów, więc można siedzieć do woli i prażyć się w promieniach słońca. Szaleć z patykami i bawić w chowanego za drzewami. To ostatnio ulubiona zabawa Kluski. Ona się chowa, a my udajemy, że nie możemy jej znaleźć, wołamy ją po imieniu albo przezwisku, a ona się śmieje i czeka, aż przestaniemy udawać. Potem się zamieniamy i to ja się chowam, ale wystaję i sprawdzam, czy wie gdzie jestem (tak, to jest element zabawy, samo chowanie to za mało) i ona leci mnie znaleźć.



Czasem oberwę kijkiem i pojawia się element trucia czyli: Kluska! Idź drzewa bić. I liście, o tak. Mamy nie. Drzewo. W to wal, nie w mamę. Kurczę, za co, no za co! ;) Patyk kusi, żeby walnąć i sprawdzić, co się stanie. Regułą jest przytulanie i rzucanie się na mamę z radością i piskiem. A że w jednym ręku ma się długi kij... to czasem kij się rzuci razem z Kluską. No ojeja, mama, ale Ty przewrażliwiona jesteś, zdają się mówić oczy Kluski. Fakt. Od pacnięcia kijkiem jeszcze nikt nie umarł. Taka zabawa! No dobra. My z tatą Kluski też się czasem pobijemy. Owcą. Albo czasem ktoś zarobi sójkę w bok. Albo ktoś kogoś kopnie. Jak to dobrze, że nie mamy w tym lesie za dużo świadków. Czasem tylko przejeżdżają na rowerach starsi ludzie. Albo przejdzie ktoś spacerem. My walczymy z kijkami, a oni się uśmiechają do nas. To chyba nie jesteśmy tacy wyrodni ;)


Muszę się Wam przyznać, agresja u dzieci nie jest dla mnie wielkim problemem. Nie mam ambicji wychować mimozy, która nie umie się obronić, która nie umie przeklinać, która przy każdym konflikcie chowa uszy po sobie i udaje, że jej nie ma. Dzieci się tłuką. Normalna sprawa. Czytaliście serię Mikołajka? Nie? To przeczytajcie. To rodzice robią problem z waleniem kijkiem w kogoś innego. Zazwyczaj psują dzieciakom niezłą zabawę. Bo, uważajcie, niektóre dzieci biją się dla beki. To nie to samo co bijatyki kiboli na 11 listopada. Serio. Samo uczenie "nie bij, bez względu na wszystko, nie bij" to wołanie na puszczy. Z piąchy mamę? Jasne, że mama zadowolona nie będzie. Ale z dwojga złego wolę nie reagować. Zauważyłam, że im więcej reaguję, tym dziecię chętniej pięści używa. Dokładnie na odwrót, niż podpowiada logika. Lepiej żeby wiedziało, że biciem nic nie osiągnie. Nawet mama się nie wkurzy. 






Były już epizody gryzienia, była piącha ze złości, bywa kijek dla zabawy. Agresywne zachowania się nie nasilają, raczej przychodzą i odchodzą. Zamiast walczyć - obserwuję, analizuję, nie oceniam. W natłoku codziennych spraw wszystko to przestaje być ważne. Gdybym miała liczyć przytulasy, uśmiechy, głupie miny  - wszystko specjalnie dla mnie... to czym jest jedno oberwanie kijkiem raz na parę dni? Warto się przejmować? Ja się nie przejmuję. Obiecałam sobie, że nie będę się niepotrzebnie stresować, czego i Wam życzę. :)

1.11.14

Groby których nie ma

Postanowiłam nie włączać się do ogólnonarodowej dyskusji nad sensem święta przywleczonego zza wielkiej wody, które wypiera inne pokrewne święto czczenia zmarłych, których w zasadzie czcić nie należy, jakoby należało czcić tylko groby świętych. Jest to dla mnie zbyt skomplikowane. Tym bardziej, że za każdym razem czytając księgę Apokalipsy widzę statek kosmiczny porywający ziemian. Mam chyba zbyt rozwiniętą wyobraźnię ;)

Dlatego postanowiłam skupić się na temacie bezpieczniejszym, to znaczy bardziej namacalnym. Otóż wzięłam na tapetę kości. Ludzkie na dodatek. Pomijając aspekt pamięci bliskich kości są problemem. Zwłaszcza kości z zapomnianych cmentarzy, które zlikwidowano po II wojnie światowej. Wiele z nich mieściło się na terenach dzisiejszych blokowisk (czyli przed wojną na obrzeżach miast). Tak było z cmentarzem na Teklinie. Wsi która przestała istnieć wraz z budową osiedla, na którym obecnie mieszkam. Po wsi ostał się jeno cmentarz, a raczej jego resztki. Zniknął podczas budowy pawilonów handlowych.


Co się stało z ludzkimi szczątkami? Ano... zostały zmiecione przez koparki. Część nieboszczyków wyszła na wierzch i lokalne gazety w latach 70 opisywały mrożące krew w żyłach historie o dzieciach grających w piłkę ludzkimi czaszkami. Te historie były prawdziwe, jeszcze długo po budowie pawilonów kości można było spod ziemi wykopać. Ostał się nawet jeden nagrobek, uratowało go drzewo, które przy nim rosło. I tak plac zabaw dla dzieci stał na brzegu dawnego cmentarza, dzieci skakały po płycie nagrobnej jak po kawałku betonu (tak wyglądała), tylko czasem pamiętliwa dobra dusza w listopadzie zapaliła tam znicz. Jeszcze miałam okazję ten nagrobek zobaczyć.

Po ostatnim remoncie placu zabaw nagrobek ów zniknął. Nieboszczyka raczej nie ekshumowano, ale kto wie, może ktoś z koparki po cichu go wykopał i sprzedał na czarnym rynku (pomoce naukowe dla studentów medycyny). I tak zakończyła się historia cmentarza. Ale kto wie, może jeśli dzieci będą wystarczająco głęboko kopać, to znów coś znajdą? Na miejscu nie ma nawet pół tabliczki informującej o szczątkach, ludzie wolą nie pamiętać, nie wiedzieć. Pójdą jak zwykle na groby bliskich i zapalą świeczkę.

No to się podzieliłam historią lokalną, a na fotkach widać Kluskę na przycmentarnym placu zabaw (grób znajdował się przy drzewie najbardziej po prawej kadru zdjęcia). Drzewa po prostu rosły na granicy cmentarza.


Jako że nie samymi grobami człowiek żyje, trzeba też zejść do tematów bardziej przyjemnych. Kluska jest z dnia na dzień coraz sprawniejsza fizycznie, włazi po oponach na górę, by dostać się do zielonej zjeżdżalni, ja oczywiście włażę za nią, żeby ją łapać. Szatan nie dziecko, ale i tak ją uwielbiamy :)


Robi się z niej mała mądrusia, czasem wystarczy mały gest, wydawałoby się - niezauważalny, a ona go kilka dni później powtarza w zabawie. Dlatego musimy bardziej pilnować repertuaru filmów, które ogląda, żeby w ciemno nie małpowała złych rzeczy, których kontekstu jeszcze nie rozumie.

30.10.14

Wiosna?

W naszym parku zakwitły kasztany. Jedno drzewo ma nawet młode liście. Powariowała natura.Mimo ochłodzenia Kluska i tak woli mieć gołą głowę. Czasami uda się jej wbić kominek na pół spaceru, czy też przejedzie kwadrans w wózku z  beretem na czubku głowy, który jednakże nie zakrywa uszu. Dziś latała w samym dresie, jeansowa kurtka tylko na czas jazdy. Zimny chów się sprawdza, mieliśmy w domu epizod kataralny, babcię Kluski zawiało i trochę nas pozarażała. Dziecko z katarem i gołą głową siedziało w piaskownicy przy temperaturze 2 stopnie w cieniu (na słońcu musiało być z 5, ale wiał silny zimny wiatr), po kilku dniach śladu po katarze nie ma. Opłaciło się ją hartować od pierwszych dni jesieni. Szybkiemu zdrowieniu sprzyja fakt, że nadal mamy wyłączone kaloryfery, więc powietrze w domu ma właściwą wilgotność.


Długo siedzieliśmy na mostku i karmiliśmy sucharami ptactwo. Dokładniej Kluska karmiła, co jakiś czas podjadając to i owo. Od dawna sprawia wrażenie dobrej duszy karmicielki, ale ostatnio przechodzi samą siebie. Przynosi nam czasem jedzenie "na niby". Na przykłąd tatusiowi tackę z pustym kubkiem. Wszystkie domowe pluszaki dostają "niam niam". Mamy też mini-serwis kawowy, to to już zabawa na całego. Kluska robi prawdziwe przyjęcia i podaje nam filiżanki z suchą kawą. Po kim ona to ma, grzecznie się pytam? Może po prababci Jasi? Jedyna osoba w najbliższej rodzinie, która wolała spędzać czas z ludźmi, a nie z dala od nich ;)




Potem był chwilowy protest, bo jakże to tak, z mostku widać plac zabaw! Ale jakoś ją przekonaliśmy, że jedziemy do Jordanka i tam się wybiega. Jak to dobrze, że Kluska się uspokaja podczas jazdy rowerem. Jest zbyt ciekawie, by tracić czas na awantury. Nuda ostatnio doskwiera memu dziecku codziennie, zabawki do kitu, komputer mamy nudny, tata puści Zmienników, to przez chwilę będzie ciekawiej, ale poza tym w kółko to samo... no bo ile można rysować i przyklejać kółeczka do książki? Ile skakać na materacu mamy? Ile wieszać się na rączce od sanek w starym łóżeczku (bujając się na jego brzegu)? Ile wspinać się na meblościankę i ile wywalać przyprawy z szafki w kuchni? Co innego na Jordanku, tu można wszystko. Głównie biegać od konika do karuzeli i z powrotem. A jak się człowiek zmęczy, to rodzice zrobią dużo babek, w które można wtykać sosnowe igły.


Sosny, sosenki, raju jakie wy jesteście dłuuuugie? Aż się prosi, żeby przytulić. Poza tym co starsze osobniki doskonale nadają się na kryjówkę. Dziś długo bawiłyśmy się z Kluską w chowanego. Raz ja jej szukałam za sosną, raz ona mnie. Zjeżdżalnia tym razem została ledwo zauważona, kącik dla maluchów przebiegnięty tylko dwa razy, huśtawki w zasadzie zignorowane. Prócz Kluski na placu bawiła się jeszcze dwójka maluchów. Jakie one przy niej wydawały się spokojne. Były jeszcze dwie starsze dziewczynki na karuzeli, ale zwiały na widok pędzącej Kluski i więcej ich nie widziałam.Grunt to mieć dobre wejście. Oczywiście na karuzeli musieliśmy być w trójkę, tak mi się kręciło w głowie, że myślałam, że z niej nie wyjdę o własnych nogach. A ten mały tajfun jeszcze chciał biegać dookoła i mną kręcić. Czy chwaliłam, że moje dziecko lubi do tej karuzeli wbijać się w biegu? I wyskakiwać też? Co mi przypomina moją babcię Jasię, która na początku okupacji ze swoją młodszą kuzynką na Marymoncie wskakiwała do tramwaju w trakcie jazdy. I jak je dorwał wujek i sprał na kwaśne jabłko. No cóż, wtedy metody wychowawcze były kontrowersyjne, ale babcia Jasia (prababcia Kluski) opowiadała, że więcej nigdy w życiu do tramwaju nie wskoczyła, ciotuchna Lusia zresztą też.




Jak jest ciekawie rano, to popołudniu musi być nuda. Wieczorami odpalamy nosidło, trochę mi dziecko poskacze na plecach, powygłupia się ze swoim odbiciem w lustrze i mamy pół godziny spokoju. Dłużej nie bardzo mogę. Mój kręgosłup nie nadaje się do dźwigania ciężarów w okolicy czternastu kilogramów, a wsiadać na plecy taty Kluska ostatnio nie chciała. Ale może dlatego, że jej nie daliśmy marchewki.


Z nią to tylko przekupstwa i fortele, grunt że skuteczne i nie ma za dużo protestów. Czasem tylko kategorycznie odmawia kąpieli, to zapewne pochodna buntu dwulatka, takie uparcie się dla uparcia, bo ona przecież kąpiel uwielbia. I tu jest zarzewie konfliktu między mną a babcią Kluski. Ja macham ręką, a babcia chce kąpać na siłę, co zazwyczaj kończy się mokrą babcią i wkurzoną Kluską. Tylko lekko zamoczoną, raczej niewykąpaną. Na szczęście takie sytuacje zdarzają się raz na parę tygodni. Moim zdaniem ma to związek ze zmęczeniem Kluski. Czasem chce po prostu od razu iść spać. Normalnie siedzi w wannie ponad pół godziny i trzeba ją wyciągać siłą. Co oczywiście też generuje wrzask, ale chyba tylko pro forma, chwilę później jest spokój i wygłupy.


W ogóle październik upłynął pod kątem mądrzenia. Częściej pojawiają się niby-słowa, np. wczoraj podczas rozmowy na niby przez telefon Kluska powiedziała coś w rodzaju "heo". Próbuje też sama się bawić. Ale i tak prędzej czy później nas zajmuje, bo jednak woli kolektywnie. Jeżdżenie samochodem jest nudne, lepiej popychać go do mamy. Zdecydowanie lepiej rzuca się piłeczką z tatą, niż bez taty. I tak z każdą rzeczą. Czasem nakrywa się kołdrą i udaje że śpi, a tak naprawdę my mamy wołać "gdzie jest Kluska" i ją znajdować. Dwójka totalnie aspołecznych rodziców, co najchętniej życie spędziliby na odludziu lub w ciasnej szafie, a tu takie nastawione na społeczne interakcje dziecko. Czasami mam wyrzuty sumienia, że nie umiem się z nią dostatecznie zajmująco bawić. Umiem jej wymyślić zabawę samodzielną, zawsze wolałam bawić się sama pod stołem, z dala od innych. A tu trzeba coś na dwie, trzy osoby. Podrzućcie jakieś sprawdzone pomysły, co?


Mam też nadzieję, że to nie ostatnia wycieczka rowerowa w tym roku, ciągle mam ambicję zrobić przynajmniej po jednej wycieczce w listopadzie i grudniu (kombinezon przeciwwiatrowy nabyty czeka na pierwsze mrozy), ale to zależy od pogody, w końcu w zupełnej ulewie czy śnieżycy jeździć nie będziemy (chyba że uda się małą wbić do przyczepki). Wszystko wskazuje na to, że jesienią rowerem jeździ się o wiele przyjemniej niż latem, nie trzeba się bać przegrzania ani udaru, nie trzeba wozić ze sobą hektolitrów picia, w lesie nie ma komarów... same plusy :)

23.10.14

Zostałam babcią

Nie wiem jak to się stało, ale chyba mamy wnusia. A raczej bliźniaki, bo skoro wózki dla lalek są dwa, to i dziecioków więcej. Wnusio nr 1 to konik morski, bardzo grzeczny, śpi pod pieluszką i często jeździ na spacery do kuchni. Wnusio nr 2 to kotek - pantera, wielkie bydlę, które w małym wózku się nie mieści, a do drugiego Kluska go nie wpuszcza, bo sama się chce w nim bujać (co jest o tyle wkurzające, że robi wszystko, by z wózka wypaść i sobie wszystkie gnaty połamać).


Spacery odbywają się po kilka razy dziennie, głównie z udziałem tatusia w kuchni, który ma świeżo upieczoną mamę wspierać, to znaczy przytulać i przekręcać wózek o 180 stopni. Na szczęście w pokoju mała obraca nim samodzielnie, więc mogę się wylegiwać w fotelu ;)


Konik jest przytulany nawet w wózku (co czasem generuje guza, bo wózek ma twarde części), kotek ma czyszczoną mordkę mokrą chusteczką, czasem też Kluska dopomina się wody morskiej, żeby dzieciom nosy przeczyścić. Jak jej się znudzi wózkowanie, to dziecioki po prostu nosi pod pachą. Ale że to rodzina wielopokoleniowa, czasem dostajemy wnusie na przechowanie i mamy ich pilnować, gdy Kluska idzie bawić się gdzie indziej. To naprawdę niezła frajda oglądać dziecko w roli opiekunki.


Dziadkowie też lubią się bawić, nie zawsze z wnusiami, częściej w plenerze. Ostatnio pojechaliśmy rowerami na nowy plac zabaw w Błoniu. Bajka, po prostu bajka! Tak właśnie się nazywa. Ogromny obszar parku zamieniono w przyjemne miejsce dla starych i młodych. Polecam każdemu, tata Kluski nie mógł mnie stamtąd wyciągnąć. A to siedziałam w kokonach, a to grałam na cymbałach, a to przeglądałam się w krzywych zwierciadłach, a to łaziłam w tunelu, a to utknęłam w sieci, a to wylegiwałam się na leżaku...  i tak nie zdążyłam pograć w bardzo duże szachy. Jedna figurka ma z pół metra wysokości.No i to kolejny plac zabaw na Mazowszu wyposażony w oddzielny budynek z toaletą.


Pewnie sobie pomyślicie - nienormalni ludzie, zostawiają dziecko pod opieką babci i wujka, a sami jadą na plac zabaw. No cóż. Dziecię kultury masowej tez liznąć musi, na zasadzie: wszystkiego w życiu trzeba spróbować. I tak Kluska wylądowała na placu zabaw przy kręgielni Hula-Kula pod warszawskim BUWem. Plac o tyle świetny, że nadający się dla takich maluchów. Po prostu niski, nie ma skąd spaść, wszędzie  bezpiecznie. 


Mała spędziła tam pięć godzin, po prostu nie zdołali jej wyciągnąć wcześniej. Pewnie nie dali marchewki ;)


Kluska w Warszawie ma swoją bazę wypadową. A w niej własny stolik, kredki, nawet dodatkowe kapcie i resztę asortymentu. Po co wszystko wozić pociągiem, niech leży w drugim mieszkaniu. No i pomału przyzwyczajamy ją do spania poza domem, bez rodziców. Jako że Kluska ma cztery mamy (czy mówiłam, że na tatę też woła mama?), nie jest to wielkim problemem. No ale trzeba poćwiczyć na sucho, w końcu w połowie listopada Kluska spędzi tydzień daleko od domu.


Trochę współczuję babci Kluski i wujkowi Pawłowi, co innego weekend, co innego tydzień, liczę nieśmiało na ciepły klimat, morze i palmy. Być może zajmą Kluskę na tyle, że opiekunów nie zamęczy. Bo, cytując moją mamę: "to takie absorbujące dziecko" ;)