4.4.17

Nad Pisię Gągolinę

Klusię od rana lewą nogą, oddałam płaczliwą i zabierałam takąż po podwieczorku. Banana podwieczorkowego zeżarłam sama, niestety nie wypadało mi kanapki, bo pani patrzyła. ;) Klusce odmieniło się po zapakowaniu do Weehoo i daniu innego żarcia oraz picia do łapy. Grunt to priorytety.

Kluska uwielbia tę przyczepkę, ale nie zawsze podoba się jej cel podróży. Nad rzekę (Pisia Gągolina to nazwa rzeki, nie żartuję) chyba nie bardzo chciała jechać, więc nie drążyliśmy tematu, tylko rozkoszowaliśmy się widokami. Na przykład widokami na kury (nie sfocono) i kozy czy kucyki (trochę się udało). Po kurach i kozach była piosenka o farmie i zwierzątkach czyli nieśmiertelne IJA IJA O!


Na miejscu trochę było bieganiny po piachu, bo dziecię życzyło sobie wysiąść w konkretnym miejscu i trza było zrobić cofkę. A potem to już standardowo, gotowanie w rzece zupy z mąki (piachu) i patyczków. Patyczkiem też zupę mieszano. Szaleństwa w hamaku, podlewanie kwiatków, podglądanie patyków przez dziurę w mostku i piknik z kawą (jakoś z wrażenia nie zrobiliśmy zdjęć zajęci jej piciem). Trzeba było trochę Kluski pilnować, żeby nie wpadła do rzeki ani nie spadła ze skarpy. To jeszcze nie ten wiek, kiedy dziecię pilnuje się samo.

Odkurzyłam też stary kask, żeby połaziła w nim dopóty pasuje, ale fakt, że jest już na styk i chyba jednak wrócimy niedługo do czerwonego, bo na kapelusz na bank nie wejdzie. Pelerynka Coverover usyfiona jak diabli, ale nie widać, więc może nie ma sensu prać? Na następnej wycieczce uświni się na nowo. :)















Jaka mać, taka nać. ;)







Chwila spokoju... jak żyję, nie pamiętam tak ciepłego kwietnia.



I dalej w kierat, kwiatuszki się same nie podleją.





Wyprawa po kijek.





Mieszanie zupy



Wrzucanie kijka do zupy w funkcji zagęszczacza



Chlup!



O, płynie...



Zupa gotowa.



A tak wygląda Kluska obrażona. Bo nie zabraliśmy zestawu świętej trójcy do zasypiania czyli pieluszki, kizia-mizia i monia. Niestety krótko była nadąsana, w związku z czym nie bardzo z tatą Kluski odpoczęliśmy. ;)



Do domu. To znaczy Am. Kanapka z serduszek.



A to jest zdjęcie kozy, przez którą Meteor z Kluską mi uciekli. Dogoniłam ich dopiero w Żyrardowie. Dziecię padło po kąpieli o 19.15 (zwykle zasypia ok. 21-22). :)

5 komentarzy:

  1. He, he, a nie zauważyliście wielkich kęp wyżartego czosnku nad Piśką przy mostku?To ja to uczyniłam dzień wcześniej! Do bólu brzucha, do nieprzytomności prawie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam zawsze jest coś wydeptane (zwierzątka i chyba wędkarze), a dziur większych nie było, może przez noc odrosły? ;) Cud za to, że żadne auto nie jeździło. Chyba skończyły się wycinki w okolicy i już nie ma tak, że raz na godzinę, ale nadal coś jedzie i trza dziecko mieć na oku.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. To jej kask nr 2. W zasadzie jest już prawie za mały, na kapelusz już nie wejdzie. Więc dodzieramy, zanim wyrośnie do końca i zostanie już tylko czerwony(z racji nauszników jest bardziej na zimę). Muszę jakiś dokupić w większym rozmiarze, żeby mieć zapasowy . Pewnie będzie bardziej "dziewczyński", bo mi się dziecię ostatnio bardzo "zgenderozywało". :)

      Usuń
  3. Super artykuł. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń