25.1.21

Wiosna 2020

 Zeszły rok był tak bogaty w atrakcje, że ledwo wyrabiałam się z pisaniem na bikestatsie, co z grubsza robiliśmy. To miejsce trochę zarzuciłam, bo i tak szwendali się zazdrośnicy, którzy mieli pretensje, że siedzimy z dala od innych ludzi, a oni muszą pracować. ;)

No dobra. Marzec był głównie rowerowy. Jeździliśmy do lasu niemal codziennie. Kilka razy złapała nas niezła ulewa, ale wracaliśmy tak szczęśliwi, że traktowałam ją jako oczyszczenie z brudów zimy. Nie obchodziły nas telewizja i internety, nie obchodziło nas nic. Siedzieliśmy na piachu, w leśnej ściółce, szukaliśmy pierwszych śladów budzącej się do życia przyrody.

Kluska oczywiście zachwycona, że może się do woli tarzać po piachu. Zabieraliśmy ze sobą prócz żarcia jakieś notesy, czasopisma, kredki, pisadła i po prostu mieszkaliśmy poza domem w godzinach dziennych. Obiad i tak zwykle jemy na kolację, więc to w żaden sposób nie kolidowało kulinarnie.

Pierwszy ciepły dzień spędziliśmy w lesie radziejewskim, przy naszym pierwszym, krzywym szałasie. Stara miejscówka przy pozostałościach starej kolejki wąskotorowej. Dziś po niej został tylko płytki rów.
Byliśmy też nad super-naturalną miejscówką nad Pisią Gągoliną, plac zabaw, wanna i miejsce warsztatowe w jednym. Tu powstawała nowa miejscówka, która niechcący potem stała się kultową lokalnych spacerowiczów, odciętych od miejsc cywilizowanych. Dlatego w końcu bywaliśmy tylko w środku tygodnia omijając weekendy z racji nadmiaru chętnych do oglądania tego cuda. ;)
Pojechaliśmy też do miejscówki przy skrzynce Ruda Darniowa, niestety kawałek nam sprzęt do ścinek ostro zrył. Ale miejsce nietknięte, jeszcze też ktoś zbudował szałas (pewnie ludzie od polowań, bo niedaleko jest ambona). To go trochę naprawiliśmy, a poza tym zaszyliśmy się z daleka od biegaczy, którzy nie mogąc biegać po mieście, biegali po naszych dróżkach. ;)
Się zbudował tylko miniszałasik zabawek Kluski. Tak niechcący. ;)
I chyba znaleźliśmy gniazdo jakiegoś lokalnego drapieżcy.
Ale i tak najbardziej lubiliśmy miejsce nad Pisią. Nawet Kluska robiła za Marzannę, bo się parę razy niechcący skąpała. A ja musiałam pojechać do domu po suche buty i kilka ubrań. Jak to dobrze, że mnie takie rzeczy nie denerwują. Jestem zadaniowcem. Pojawia się problem, rozwiązuję go. :)
W kwietniu pojawiły się różne ograniczenia, nawet może i nieco słuszne, w lesie było parę pożarów. To po prostu bywaliśmy na łąkach i obszarach prywatnych. Nie tylko w lesie jest przyroda, wiecie? Czasem przyroda jest na nieczynnym wiadukcie kolejowym. ;)
Znaleźliśmy też śmiecia na polu. Opona. Zabawka idealna do zabawy w konika. Klusek na tym etapie zbiesił się fotograficznie, toteż pozostało mi focenie trawy albo z przyczajki.
Nasza pisiowa miejscówka po świętach wybuchła zielenią.Ale było nadal sucho jak pieprz, więc lataliśmy z małą konewką i wiaderkiem, podlewając co suchsze miejsca.
Zrobiliśmy też kolejną rundkę po lesie radziejewskim. Kurczę, trochę za mało kryjówek. Zaczynałam mieć dzień świstaka, dlatego planowaliśmy nie bywać w jednym miejscu kilka razy pod rząd, bo by się nam poniedziałek mylił z sobotą. Na 30 dni byliśmy na dworze ze 20. Co jest wynikiem pokaźnym jak na ludzi z bloków. :)
Byliśmy też wreszcie założyć pierwszą kluskową skrzynkę opencaching (geocaching to taka zabawa w ukrywanie i szukanie skarbów z gpsem).
Znowu Pisia. No jak tu nie dać kolejnych stu zdjęć? ;)
Nie wiadomo kiedy zaczął się maj. Klusce nawet czasami poprawiał się humor. Niestety odcięcie od kolegów z podwórka robiło swoje. Choć w maju już niektóre rodziny uprawiały konspirację w celu spełniania niezbędnych potrzeb życiowym na ławce obok trawnika, gdzie biegały "czyjeś" dzieci. ;)
Zrobiliśmy też wspólnie wspaniałą łódkę, przez którą Kluska znowu wpadła do rzeki. Tyle, że przewidująca mama Kluski miała tym razem zapasowy komplet ubrań i nawet dwa ręczniki. :)
Byliśmy też znowu w bazie na wiadukcie, tylko kurczę, strasznie kleszczowa okolica. Znów zdjęliśmy z siebie masę. Naturalna szczepionka przeciw boreliozie przyjęta. My się nie boimy kleszczy. Po prostu wolimy, by żarły kogoś innego. ;)
Odwiedziliśmy też lokalną atrakcję, pomnik pamięci zabitego niewinnego chłopaka. Tymoteusz Tatar. Poguglajcie. Warto.
W ramach szukania innych miejscówek, bo szałasówki już naprawdę nam wychodziły bokiem, ileż można, nuda mamo (nie do uwierzenia, że istnieją dzieci nudzące się przyrodą, ale faktem jest, że ze starymi nudziarzami to nie to samo co z kolegami). No to poszliśmy na bagna. :)
Bardzo dobre miejsce. Dzięki niemu zobaczyliśmy z bliska dzięciołową mamę, a nawet znaleźliśmy dziuplę, z której coś małego krzyczało: jeeeeść, jeeeeść, jeeeeść. Wszystkie dzieci są do siebie podobne. Nie staliśmy tam zbyt długo ani nie zaglądaliśmy do środka, żeby ptasia mama nie porzuciła dzieci przez nasz zapach. Zresztą nie bez przyczyny nie używamy perfum ani innych środków zapachowych do ciała. Zwierzaki czując człowieka bez chemii mniej się płoszą.
Pojechaliśmy też geokeszowo do Kuklówki po skrzynkę, a przy okazji trochę posiedzieć na słońcu. Wreszcie ciepło. Tymczasowa baza przy rurze. Rury są fajne.
Kluska się też rozwinęła czytelniczo, ale gdyby wykształceni pedagodzy czytali Dziennik Cwaniaczka, to by go zabronili. Wy, którzy wiecie o co chodzi, cśśś. ;)
I znowu ten cud. To miejsce zawsze miało u mnie wiele miłości, ale od powstania tipi stało się świątynią wolności. Nie wiem jak byśmy przetrwali wiosnę, gdyby nie magia zieleni, zapachu, wody. I robali. Nigdy nie widziałam tylu robali, co w zeszłym roku. Coś niebywałego.
A potem nadszedł czerwiec. Miesiąc, który z racji temperatur zaliczam do lata i nie obchodzi mnie, że ktoś tam zdecydował inaczej. Czerwiec to lato, a wrzesień to wczesna jesień, dziękuję państwu i proszę o niezgłaszanie protestów. :D

A co się latem zadziało... jeny. Ale to już w kolejnym wpisie. Paaa!

16.3.20

Wizyta w wiosce na pustyni

Tym razem do naszej wioski na wydmach. Dziś idziemy przez wydmy, znaczy... przez góry oczywiście!

- Ścieżka zatarasowana drzewem, ostrożnie, to może być zasadzka!


Po pokonaniu przeszkody idziemy dalej.




Spotykamy sporo cytrynków.

- Pomocy, nie mogę podejść!

Konna przejażdżka w okolicach wioski (kijki robią za konie).

Budowa systemu tuneli.


Wioskowy totem

Kluska zagoniła mnie do zrobienia mini toru przeszkód - skakanie i przechodzenie pod sznurkiem.



Uk i szczały ;)


9.2.20

Zwiedzamy nowe tereny rekreacyjne w mieście

Tata kluski:
Korzystając ze słonecznej pogody, wybraliśmy się na wagary nad staw Ruda (o ile nie pomyliłem nazw) vel staw św. Jana. Dawniej tutaj był młyn, obecnie jaz, za którym Pisia Gągolina się rozdwaja i płynie dwoma korytami (jedna z odnóg to tzw. Stara Pisia). Potem jeszcze zerknęliśmy na skwerek za torami między Pisią, a Starą pisią. Ostatnio miasto je uporządkowało i przebudowało korzystając z dofinansowania na tereny zielone.

Jest tu teraz bardzo przyjemnie, choć brakuje jakichś placów zabaw, czy czegoś dedykowanego dzieciom.


Może nie tyle wagary, co nasza Leśna Szkoła (choć dziś zajęcia bardziej parkowe, niż leśne).
Zaczynamy od lekcji biologii.


Potem przyszła pora na w-f


A teraz... muzyka. Na tych dechach fajnie można było wystukać melodię. Stukaliśmy i zgadywaliśmy co stukający miał na myśli.


Zdjęcie klasowe


Po przejściu na skwerek za torami, dalszy ciąg biologii, a potem powrót do domu, bo lavinka zmarzła.


Do tej pory nie było za bardzo czasu na inwentaryzację muszelek nazbieranych jesienią nad Wisłą, co niniejszym nadrabiam. Jak widać część już zdążyliśmy pomalować.



A tu przerobiliśmy na pamiątki, gdy bawiliśmy się w pocztę - robiliśmy pocztówki, znaczki, oraz właśnie te pamiątki (wszystkie muszelki są z Wisły, podpisy są na potrzeby zabawy).


Zaczynamy przegląd, najpierw małże.

Racicznica zmienna (Dreissena polymorpha), po angielsku nazywa się małż zebra - tych muszelek było najwięcej na łachach wiślanych. Racicznica jest gatunkiem obcym, ale jest notowana u nas od 200 lat... no może nie tak do końca obcym, bo występowała przed zlodowaceniami, przetrwała w rejonie Morza Czarnego i Kaspijskiego, a teraz do nas wróciła (tutaj mapki z występowaniem). Z pozytywnego wpływu na środowisko warto wymienić filtrowanie wody, gdy występuje masowo, potrafi przefiltrować całą wodę w zbiorniku w dosyć krótkim czasie (w niektórych jeziorach mazurskich może tego dokonać w kilka-kilkanaście dni). Aha, jest rozdzielnopłciowa


Muszelki racicznicy przywiozłem kiedyś Klusce znad Narwi.


Corbicula fluminea (i/lub fluminalis), kolejny gatunek, z tym że po raz pierwszy stwierdzona w 2003 w Odrze, obecnie znane są stanowiska w Odrze i Wiśle, przy czym (mapki - fluminea, fluminalis), oraz druga strona z mapką C. fluminea). Nie jest pewne, czy są to dwa różne gatunki, czy tylko odmiany... w każdym razie tworzą one hybrydy. Osobniki tego małża mogą być zarówno obojnacze, jak i rozdzielnopłciowe.


Skójki, wydaje mi się że są to skójki malarskie (Unio pictorum), ewentualnie zaostrzone (Unio tumidus), albo jedne i drugie. Malarskie zawdzięczają swoją nazwę temu, że ponoć ich muszle służyły malarzom jako pojemniczki do rozrabiania farb.


A to są małże z rodziny Sphaeriidae (kulkówkowate), jednak nie podejmuję się na razie identyfikacji, który dokładnie gatunek. Podejrzewam, że któraś gałeczka. Ponieważ były białe bez zewnętrznej ciemnej warstwy, to w większości poszły do malowania (ale dużo ich nie mieliśmy).


Przechodzimy do ślimaków.

Żyworodka, może to być żyworodka pospolita (Viviparus contectus), albo żyworodka rzeczna (Viviparus viviparus), ewentualnie obie. Żyworodkę można poznać po trzech paskach na muszli, jednak nie na wszystkich egzemplarzach są one jeszcze widoczne, więc może się zdarzyć że przyplątała się muszelka innego ślimaka o podobnym kształcie. Żyworodki są rozdzielnopłciowe i jajożyworodne.


A to nie wiem, wydaje mi się że jak na błotniarkę stawową jest za mało zaostrzona, może inna błotniarka albo rozdętka, czy zawijka?


Te wyglądają na jakieś zatoczki.


Muszelki służą nam nie tylko do malowania i przyklejania, ale też do eksperymentów chemicznych. Tutaj rozpuszczamy muszelkę w occie, to znaczy kwas octowy reaguje z węglanem wapnia i powstają octan wapnia, dwutlenek węgla, woda.


A tu przypadkiem wyhodowaliśmy kryształki octanu wapnia - na próbę zalałem muszelkę octem, by sprawdzić jak reaguje, po czym zostawiłem na parapecie. Octu nie było dużo, więc cały kwas octowy przereagował (została jeszcze muszelka), a po kilku dniach, gdy woda częściowo odparowała, zaczęły wykwitać kryształy.