11.1.16

Nanga Klusek Expedition 2016

Ponieważ zimowy wpis cieszy się niesłabnącą popularnością, wrzucam wycieczkę nierowerową, żeby była jakaś odmiana. Oddaję głos Klusce. ;)

Altelnatywna nazwa wyplawy to Nanga Krzak Expedition... zacynamy ocywiście od jedzenia! Ksalowanie zaostsa apetyt.


Główny cel wyplawy osiągnięty, scyt zdobyty!


Uccijmy to wafelkie lyzowym. Na tsy-ctely wsyscy do zdjęcia głośno AAAAAM!



W białą dal


Pola na dlugie danie tseciego śniadania!



Osiągnęliśmy kolejny cel wyplawy



Plosę ekspedycji, oto jest Wielki Kanion Wezbianki!



Blód na Wiezbiance



Aaaaaam!



To jest mały kulek dla Kluski, ale wielki kulek dla bałwanka



Lusamy dalej, o tam są jakieś lepianki tubylców, w tej osadzie z pewnością uzupełnimy plowiant!


Pola wlacać, bo jedzenie się plawie skońcyło... tata pomagaj ciągnąć, bo ja z głodu nie mam jus siły,


Zezalłam wsystkie suchalki i wafle, gdyby nie awalyjna packa helbatnicków na calną godzinę, z głodu bym padła w połowie dlogi.

Jesce pamiątkowa fotka z pługiem i końcymy ekspedycję.


7.1.16

Zima na rowerze

Cuś ta zima nie taka jak być powinna, ale to już prawie norma w Polsce. Śniegu jak na lekarstwo, w grudniu przed świętami tata Kluski przywiózł mi w prezencie bazie... Bazie! No tak.


Ale nie ma to tamto, nareszcie przymroziło i jestem zachwycona. Uwielbiam przyjemne szczypanie w nos przy -10 czy -15, nie przepadam tylko za wiatrem, ale w końcu nie zawsze wieje. Pewnie myślicie, że przy takiej temperaturze nie da się jeździć na rowerze. A owszem, da się, tym bardziej przy tak małych opadach. Jest bezpieczniej niż w rejonie zera, gdy łatwo o gołoledź. Trzeba tylko uważać na zamarznięte kałuże i dbać o "końcówki", to wszystko.


Czy dziecko da się wozić na mrozie w foteliku? No jasne, byle krótko i byle dziecko było ciepło ubrane. Nie grubo, ciepło. Wbrew pozorom to różnica. Nie chodzi o to, by dziecko wyglądało jak ludek michelina, tylko żeby warstwy, które ma na sobie, chroniły je od wiatru i mrozu. Całkiem nieźle spisują się cienkie kombinezony narciarskie, wtedy nie trzeba dużo wkładać pod spód. Wystarczy bielizna, koszulka i polar. Ale da się też wbić dziecko w parkę podszytą cienkim futerkiem. Tylko wtedy trudniej zapiąć pasy. W przyszłym roku kupuję taśmę i je przedłużam, osiągnęliśmy maksymalny rozmiar. Chyba je oddam do przeszycia kaletnikowi, jeszcze nie wiem.


Gdzie można zimą pojechać z dzieckiem rowerem? Na przykład do biblioteki. U nas mamy taką od trzech lat. Spróbowaliśmy małą zapisać pod koniec grudnia, ale okazało się, że od nowego roku i tak zakładają dzieciakom nowe karty, więc tata wypożyczył książkę na swoje konto, a Klusce konto założymy przy oddawaniu jej pierwszej wypożyczonej książeczki. O ile pozwoli ją oddać, bo to o pociągu jest, a Klu teraz ma hopla na punkcie pojazdów szynowych. Liczy wagony, układa do snu, jeździ nimi po całym domu (lub puszcza kolejkę elektryczną) i tak dalej. Piraci nadal się liczą, ale jakby ciut mniej.

Gdzie jeszcze? Oczywiście do parku na plac zabaw i nakarmić kaczki. Kaczki to są już z Kluską po imieniu chyba ;)


Można też zostawić rower w domu i pójść potarzać się w świeżym śniegu. A co, przynajmniej człowiek się rusza. Ale rękawiczki to muszę Klusce na gwałt porządne kupić, jakoś przespałam temat przez te grudniowe upały i teraz nie możemy jej brać na długo na dwór, łapy jej zamarzną.

Kluska w 2015 przejechała rowerowo ponad 700 km, podobnie jak w 2014. Było więcej krótkich wycieczek, ale było ich za to dużo więcej. Jeździła przynajmniej raz w każdym miesiącu w roku. W tym roku przejechała rowerem ponad 5 kilometrów w dwóch wycieczkach. Czyli jednak się da jeździć cały rok rowerem, a nie tylko dwa miesiące w roku, jak twierdzi pan Waszczykowski. Na szczęście jadamy mięso, bo byśmy już w ogóle byli na cenzurowanym. ;)

30.12.15

Wakacje w Egipcie

Korzystając z wszelkich możliwych zniżek, promocji oraz tanich lotów na miejsce (a po co przepłacać) Kluska spędziła dwa tygodnie nad Morzem Czerwonym wraz z babcią i wujkiem. Była w Marsa Alam już drugi raz, z grubsza wiedziała dokąd leci, ale lot samolotem głównie przespała, więc nikt w samolocie nie narzekał na jej śpiewanie (a wierzcie mi, jest na co, jak się rozkręci). ;)


Co tam robiła? O rany, łatwiej byłoby napisać, czego nie robiła.


Może z grubsza. Była na kilku wycieczkach, ale niedalekich. Płynęła statkiem, oglądała rafę koralową, jeździła z instruktorem quadem po pustyni, taplała się w basenie i w morzu, jechała na wielbłądzie, bawiła na plaży, sączyła bezalkoholowe drinki z palemką i tańczyła do upadłego na "mini disio" oraz "sioł".

Mają też tam klubik dla dzieci w formie statku, tam trochę pomalowała i porzucała balonikami z wodą. Miły polski akcent, są napisane cyferki również po polsku.


A poza tym chyba pod koniec już trochę tęskniła, bo nazwała raz obcą panią mamą. Nie żebym miała moralniaka z tego powodu (te wyrodne to nigdy nie mają wyrzutów c;'nie) - Kluska jest teraz na etapie rozumienia i wyznaczania funkcji w stadzie. Ciekawy efekt uboczny dorastania w rodzinie wielopokoleniowej. Czyli są funkcje mamy i taty, są babcie i wujkowie, jak kogoś chwilowo zabraknie, to się innej osobie wyznacza funkcję i jest git. Zresztą rybę na powyższych zdjęciach też nazywała mamą, prawdopodobnie wzięła rybki "towarzyszące" za jej dzieci. To chyba jakaś forma symbiozy.




Co do innych spraw, babcia Kluski chyba musi mieć jakichś egzotycznych przodków, w przebraniu wygląda jak rodowita Egipcjanka, hi hi.


No i w ogóle Kluska była maskotką hotelu, każdy z obsługi ją zaczepiał, pan śpiewający podczas Wigilii nawet zadedykował jej piosenkę (głównie dlatego, że jak usiadła na schodach przy scenie, to nie odeszła, dopóki nie przestał śpiewać). Inny pan tańczył z nią na rękach taniec brzucha. Mała się coraz bardziej się uspołecznia, aż do tego stopnia że sama zaczepia dzieci i chce się z nimi bawić. Tańczyła z panią i z innymi zupełnie obcymi ludźmi na scenie, żadnego strachu czy niepewności. Uczestniczyła też jako pomagier czarodzieja, który miał występy w hotelu. Imprezowe dziecko. 



Wróciła do domu i teraz uczy nas. To znaczy głównie mnie i tatę Kluski, bo babcia już umie te wszystkie tańce połamańce. Ratunku! ;)

14.12.15

Rodzicielstwo dalekości w praktyce

Kiedy w 2012 rzuciłam na blogu mimochodem, że "wprowadziliśmy rodzicielstwo dalekości, czyli żadnego spania z dzieckiem", nie sądziłam, że to sformułowanie wejdzie na salony (ostatnio przypadkiem odkryłam je jako podtytuł niedawno założonej strony bloga). Pisałam, że wolę spać osobno, że karmienie piersią z zakładanych kilku miesięcy zmniejszyło się do kilku tygodni, że wystawiałam dziecko na balkon w gondolce, bo mi się nie chciało z nią łazić po osiedlu, że jak włożyłam do chusty czy nosidła, to tylko dlatego, że wolałam to niż tachać wózek z trzeciego piętra... z czystego lenistwa i wygody, tak jak wszystkie mamy z krajów trzeciego świata, gdzie nie da się wozić dziecka w wózku, bo zamiast chodnika jest dżungla, góry lub pustynia.




Lata mijały, a ja byłam jeszcze gorsza. Zamiast poświęcić każdą minutę dziecku, "sprzedawałam" je babci (i wujkowi) na tygodnie a sama wyjeżdżałam radośnie na wakacje_bez_dziecka. W zeszłym roku na długi weekend z okazji święta niepodległości każde pojechało w swoją stronę, Kluska samolotem do Egiptu, ja z tatą Kluski do Budapesztu. Z notariuszem jesteśmy już niemal po imieniu, tak często załatwiam odpowiednie pełnomocnictwa na wyjazdy dziecka. W tym roku mniejsze lub większe okazje wyjazdowe spowodowały, że święta spędzimy osobno. Klu wraca tuż po świętach, więc wspólnie spędzimy okres międzyświąteczny wraz z Nowym Rokiem, ale za to w komplecie (w zeszłym roku babcia i wujek spędzali Sylwestra osobno). Czy mam wyrzuty sumienia? Czy tęsknię? Yyy, rany, niemal śpiewam z radości! No dobra, nie śpiewam, tak naprawdę trzy dni panikowałam, bo ci cholerni terroryści, a oni w bezbronnym samolocie. Na szczęście Egipt zapowiedział powrót odzyskania zaufania turystów, więc chyba paru osobom przystawili broń do skroni i zapowiedzieli, że jeśli coś jeszcze wybuchnie do końca roku, to zamkną wszystkich i nie wypuszczą do lata ;)

 Na co dzień myślę o małej ciepło i z radością, że się świetnie bawi. Wysyłam jej życzenia pięknej pogody, łagodnej bryzy i pysznych naleśników w kształcie Myszki Miki, które tak uwielbia.

Te fajne spodenki w trójkąty sama uszyłam!

Czasem patrzę na ludzi, obserwuję ich reakcje, pchanie się w większe lub mniejsze ideologie. I smutno mi się robi. Fanatyzm jest zły i generuje ciemność w duszy. Nawet najpiękniejsza idea rodzicielstwa gubi się, gdy ktoś zaczyna ją traktować jak religię. Już nawet pomijając potrzebę nawracania na jedyną słuszną wiarę. Fanatyzm bliskości, nie boję się tego słowa napisać, generuje przede wszystkim frustrację, gniew i masę nieszczęść. Dlaczego? Bo jeśli kogoś nienawidzimy, jeśli komuś zazdrościmy, jeśli uważamy kogoś za niegodnego miana rodzica (a do tego sprowadza się wyznawanie tej teorii w prachtyce), to generujemy złą energię, która... jak wszystko, co wytwarzamy w swoim sercu - wraca po jakimś czasie z nawiązką. Czasami zastanawiałam się, jak to jest, że ludzie, którzy opluwają mnie jadem, prędzej czy później ledwo podnoszą się pod lawiną nieszczęść. To właśnie tak działa! Kochani, kochajcie nawet swoich wrogów, a kłopoty i choroby będą Was omijać szerokim łukiem. Nie wartościujcie, kto jest lepszy, a kto gorszy. To się bardzo szybko mści, naprawdę. Czasami mam wrażenie, że dzieci " mam butelkowych" śpią długo i spokojnie tylko dlatego, że mają wyluzowane, prychające na krytykę matki, a nie dlatego, że mają za mało bliskości (ihaha), czy są przeżarte (jeszcze bardziej ihaha). Po prostu między nimi a matkami jest coś niewidzialnego. To, co czuję pomiędzy mną a moją córką. Dzielą nas setki kilometrów, a ja nadal czuję, że jesteśmy blisko siebie. Nie muszę jej przytulać. Czuję, że jest obok.


Właśnie tak. Rodzicielstwo bliskości zakłada, że nie ma czegoś takiego jak miłość bez fizyczności. Powiedzcie to matkom dzieci leżących w inkubatorze. One są bliżej własnych dzieci, niż Wy kiedykolwiek będziecie. Moim zdaniem ideologia bliskości wypacza pojęcie relacji między rodzicem a dzieckiem. Zakłada, że tylko bliskość fizyczna ją zapewni. To tak, jakby powiedzieć, że przetrwa próbę czasu tylko związek oparty na seksie. Ahjoj, chyba jednak nie. A nawet przeciwnie. Najważniejsze jest to, co gra ludziom w sercu, przytulanie, rozmowy, to wszystko jest ważne, ale to jest wynik relacji, a nie przyczyna. Miłość jest zupełnie gdzie indziej. Przytulajcie swoje dzieci, ale na Boga (czy Wielkiego Potwora Spaghetti!), od kochania jest serce, a nie cycki!


I to jest główny powód dla którego nie tęsknię za dzieckiem, choć w teorii powinnam. Mamy bliskość metafizyczną, więc nie potrzebujemy aż tyle cielesnej, proste. Poza tym jestem wytrenowana. Skoro pół tygodnia mała i tak spędza daleko od mamy, wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi. Weźmy jazdę na kucu. No biedne dziecko, daleko od mamy i taty, nic tylko się pochylić nad jej tragicznym losem. Albo zajęcia integracyjne w przedszkolu, na które mała biegnie tak szybko, że babcia ledwo za nią może nadążyć (od marca będzie chodzić bez babci). Albo inne zajęcia sportowe, na których, jestem pewna, Kluska nawet przez sekundę nie pomyśli o mnie. Prawidłowo!

Ostatnio świat zwariował. Stanął na głowie. Wszystko jest na opak. Ale nic. Przeżyjemy i to. ;)

19.11.15

Listopad miesiącem przełomów

Nie wiem jak to jest w życiu Klusięcia, ale listopad zawsze przynosi jakieś nowiny. To właśnie w listopadzie Klusię raczyło wreszcie zacząć podnosić głowę. O jakieś dwa tygodnie za późno. To w listopadzie rok później Kluska zaczęła więcej gadać niż mama, baba i nje (poszły sylaby dźwiękonasladowcze). To wreszcie w listopadzie tego roku pojawiły się pierwsze nieudolne zdania typu Mama chodź, czy Tata weź, Mama daj. Dokładnie 1 listopada zaczęła ni stąd ni zowąd powtarzać po nas słowa. Długo męczyliśmy się z tym, że gadała, co chciała, a teraz ewidentnie nas naśladuje. W przeciągu dwóch tygodni jej słownictwo dzięki temu zwiększyło się chyba czterokrotnie. Daleko jej do rówieśników, gada powiedzmy jak mniej rozgarnięty dwulatek, ale to wielki sukces i początek dalszej nauki. Sporo tez rozwinęła się społecznie. Na szczęście innym dzieciom jej niedobory rozwojowe zupełnie nie przeszkadzają. Nadrabia gestykulacją i jakoś idzie. Zaczęła chodzić do klubiku na zajęcia integracyjne, może od marca pójdzie na samodzielne zajęcia bez opiekuna na kilka godzin w tygodniu. Nu, zobaczymy czy ją zechcą ;)


Pojawiła się też tęsknota. Może dlatego, że ostatnio Kluska żyje na dwa domy i za obydwoma tęskni jednako. Jak tak można mieszkać w dwóch miastach. Trzy dni tu, cztery dni tam. Niby fajnie, bo się pomiędzy jeździ pociągami (czasem dochodzą przygody typu awaria i szybka organizacja z przesiadką do innego), ale mogliby trochę wszyscy posiedzieć razem. Jak jest z nami w domu, to tęskni za wujkiem, jak jest dłużej u wujka z babcią, to tęskni za mamą i tatą. Straszna się przylepa przez to zrobiła ostatnio. A już jak jej nie było z nami ponad tydzień, to nawet nie płakała ujrzawszy mnie na dworcu i nie chciała wracać do Warszawy jak zwykle po weekendzie. ;)


Poza tym kupiłam jej zimowy kask. Trafiła się przecena o kilkadziesiąt złotych, to nie zbiedniałam tak strasznie. Starczy do maja na pewno. W zasadzie niewiele się różni od zwykłego łupinowego poza osłonami na uszy. No i rozmiar, weszliśmy w S (53-55). Jest trochę za duży obwodowo, ale Kluska ma na tyle długą czaszkę, że zawsze trzeba jej  kupować na wyrost. Prawdopodobnie stary z brytyjską flagą wiosną już nie będzie pasował. Tak czy siak trafiłam w jej gust wyśmienicie. Z marszu nauczyła się nowego słowa "kaś" i czasem nawet żąda zakładania go do jazdy na rowerku biegowym. Jak to mówią, nie ma złej pogody na rower, jest złe ubranie (pelerynka przeciwdeszczowa nadal się przydaje, choć niebawem trzeba będzie kupić coś większego, kombinezon do jazdy na zimne dni już czeka), zakup futrzastych butów w planach.


Kluska nadal jest najważniejszą istotą w domu, padyszach lub inne królewiątko. Mimo naszych z lekka odwrotnych zabiegów i tak cały dom kręci się wokół niej. To tyle jeśli chodzi o światłe ideały wyrodności i rodzicielstwa dalekości (termin, który wymyśliłam po jej urodzeniu w 2012 roku), a rzeczywistość. To ona rozdaje karty, nie ma wątpliwości.


A i czy chwaliłam się, że znielubiła telewizję? Że kanały dziecięce są be, a filmy dvd od święta (łażę za nią i namawiam, czy nie chce czegoś obejrzeć).Leciała całymi dniami od rana do nocy i się znudziła. To znaczy u nas w domu, u wujka ma monitor będący jednocześnie telewizorem jak i ekranem komputera, więc korzysta z filmów na jutubie. Efektem ubocznym jest dwujęzyczność. Sporo słów zamiast po polsku, mówi po angielsku. Np. kolory. Mówi dźwiękonaśladowczo yellow, black, red, green, orange, white (filmy edukacyjne dla roczniaków i dwulatków, których w języku polskim nikt nie nagrywa, a w angielskim jest cała masa). Po angielsku tez liczy do dziesięciu, z pominięciem seven (jakiś dźwięk wydaje, ale nie dwusylabowy). Czasem wyłapiemy też inne słowo, np. prosi o apple, a nie o jabłko. No cóż, angielski ma o niebo prostszą wymowę i mniej sylab w słowach, to łatwiej załapać. Skoro poszły do przodu słowa, odpuściliśmy naukę gestów. Mała nadal się nimi posiłkuje, ale pomału chwyta, że mówi się łatwiej niż "miga". Nadal jej literuję niektóre wyrazy z naciskiem na wymowę spółgłosek i oczywiście na każdym kroku chwalę, że prześlicznie mówi i że bardzo lubimy z nią rozmawiać oraz chętnie wykonywać jej rozkazy (to ją bardzo motywuje, hi hi).


Druga rzecz, to nareszcie pozwala sobie czytać. Teraz mogę jak inne mamy szpanować czytaniem dziecku do snu. I o poranku, jak mnie zmusi. I o każdej innej porze dnia. Ponieważ to ona wybiera, co mam czytać, a wybrała sobie klasykę czyli wiersze Tuwima, Brzechwy i  Fredry, jeszcze trochę i będę mówić z pamięci "Na Straganie", "Lokomotywę" czy "Słonia Trąbalskiego", o "Ptasim radiu" nie wspomnę. Ratunkeo!