Nadeszła wiekopomna chwila, czyli postrzyżyny Kluski. Myśleliśmy, że uda się tę chwilę jakoś odciągnąć w czasie za pomocą spinek, ale że spinki przestały być akceptowane, a włosy wpadały już do oczu - nie było rady. Trzeba było ściąć. Tylko czym i jak, skoro nawet paznokcie obcinać musimy wtedy, gdy Kluska śpi?
Z tej okazji pozwolicie, zacytuję moją ulubioną piosenkę kabaretu Potem.
"Jestem z grzywką"
Bezpieczne
I grzeczne
Życie wiodę. bo
Z dobrego jestem domu,
Nie życzę źle nikomu,
Jestem miły,
Jestem z grzywką,
Ani słowa brzydko,
Bo
Taki charakter,
Że ani przemknie mi myśl,
Żeby ześwinić się dziś.
Taki jestem z grzywką całe dnie,
Żaden świrus,
O nie!
Jak ładnie
Przykładnie
Spędzam dzień za dniem.
Nie trzymam noża w lewej,
Nie pluję i nie ziewam,
Jestem miły,
Jestem z grzywką,
Na obiad warzywko
Jem.
A kiedy trzeba,
Pomogę komuś i dam
Pieniądz, warzywo - co mam.
Niech mi policzone będzie to.
Jestem z grzywką
O!
Pomogę,
Jak mogę,
A nie zrobię źle
Ja nie mam przyjemności
Ze świństew i przykrości.
Jestem miły
I z przedziałkiem
I być całkiem
Dobry chcę
Z grzywką po świecie
Chodzę i rozglądam się,
Kto jeszcze taki prócz mnie.
I podejrzeń coraz więcej mam,
Że jestem z grzywką
Sam.
Słowa: Władysław Sikora
Melodia: Adam Pernal
Do lepszego posłuchania tutaj, a poniżej w jakości vhs.
Narzędzie: jedyne ostre nożyczki w domu, czyli moje mało używane krawieckie. Wielkie, nieporęczne, ale za to skuteczne. Odważyła się babcia Kluski. Ciach i jest. Z Kluski inne dziecko. Aż jej nie poznaję. I o dziwo pasuje, choć grzywka nieco krzywa. Ale ponoć ładnemu we wszystkim ładnie.
Z innych wieści, mieliśmy też za sobą pierwsze wodowanie. Wraca Kluska ze spaceru, cała mokra. Ale wręcz ociekająca wodą. Wpadła do strumyka w parku. Oprócz rzeki w parku są kaskady, zazwyczaj nie ma tam wody, ale ostatnio napuścili, dziecko poleciało na pamięć i... chlup. Tata zabierając wózek nie zdążył jej powstrzymać. Płytko, ale zimno. Ryk był konkretny, marchewka tylko częściowo załatwiła sprawę, wracali najszybciej jak się da do domu. Jakimś cudem się nie przeziębiła, za to bardzo się śmiała, gdy ją rozebrałam do naga i owinęłam w koc dla rozgrzewki. No cóż, moja krew, można by rzec. Będąc niewiele starszą już zaczynałam chodzić na samodzielne wycieczki. Specjalnie czekałam, aż tata spuści mnie z oczu (mamę było trudniej oszukać) i się po cichu odsuwałam w kierunku rogu domku na tarasie. Że niby się grzecznie bawię. A potem myk myk, myk myk i już mnie nie ma. Sobie szłam na wycieczkę nad jezioro. Znaleźli mnie w wodzie po kostki. Skradałam się całą drogę chowając przez dziadem z worem, którym mnie straszono. Jak widać mało skutecznie, bo bardziej się bałam, że mnie ktoś porwie, niż że się utopię. ;)
15.10.14
13.10.14
Moje dziecko nic nie je!
Znacie tę frazę? Widzę ją często na forach matkowych, gdzie rodzice narzekają na niechęć dzieci do jedzenia. To nie chce warzyw, tamto mięsa, a tamto je tylko frytki na śniadanie! I nic innego potem przez cały dzień nie chce tknąć! Albo te ciągłe pytania o środki na pobudzenie apetytu. Bo dziecko zjadło tylko pół jogurtu, dwa kęsy kotleta i nie tknęło surówki. Jak się trochę dokładniej podpyta, to się okazuje, że do frytek na śniadanie jeszcze było pół litra coli, jogurt to był sławny przesłodzony Danonek, kotlet zajmował pół talerza (bo normalnie dorosły w tym domu zjada kotlet o średnicy 20 centymetrów), a surówka była polana octem. Nic dziwnego, że dziecko jej nie chciało tknąć.
Co robię, by moje dziecko miało dobry apetyt? Jak to się stało, że Kluska je wszystko chętnie i nie mogę na to w żaden sposób narzekać? Zdradzę Wam pewien sekret:
Nie robię kompletnie nic.
W domu panuje zasada, że jedzenie jest przyjemnością. Jemy to, co lubimy i tyle, ile lubimy. Nic nie jest zakazane, ale też w lodówce jest mnóstwo osobnego żarcia. Dopiero podczas posiłku każdy decyduje, co znajdzie się na jego talerzu. Mało jest mieszania smaków, mało różnokolorowych dań rodem z blogów kulinarnych. Jest surowy pomidor, gotowana kukurydza, ogórek, podsmażona cukinia, ugotowane na parze warzywa. Jakieś mięso, zazwyczaj kurczak lub schabowe usmażone przez babcię, największy o średnicy ośmiu centymetrów. Dziecko zjada z niego parę kęsów. Tak jak wszystkiego innego. Ugryzie plasterek żółtego sera i nam odda. Zje serek z kanapki, kanapkę odda. Zje pół pomidora (tę lepszą, z ziarenkami) i nam odda. Jabłko zamieni w biedronkę i nam odda. Nie chodzimy za nią z jedzeniem, gdy odmówi obiadu. Nie chce, to nie je. Jak poprosi, dostanie o dowolnej porze dnia i nocy. Słodycze leżą na wierzchu (no może poza cukierkami tatusia, ale on chowa je przede mną, nie przed Kluską, która za nimi nie przepada). Przez co je jeden posiłek dziennie, zaczyna rano a kończy go wieczorem. I gdzie te słynne pięć posiłków dziennie zalecane przez lekarzy? Ano ni mo.
Można powiedzieć, że odżywiamy się zdrowo, bo nietłusto i nie w fast foodach, ale niejeden dietetyk wytknąłby nam słodzenie herbaty (mnie i tacie Kluski), lub picie słodkich soków zamiast wody mineralnej (to do mnie). W domu pojawiają się wędliny z solą i salami z rakotwórczymi konserwantami. I kiełbasa, dobrze podsuszona. Olewamy dietetyków. Jemy tak, jak nam podpowiada żołądek. Nie rzucamy się na słodycze, bo możemy je zjeść w każdej chwili. Zamiast liczyć sobie nawzajem kęsy, zwyczajnie dużo się ruszamy. Zamiast jeździć samochodem, chodzimy piechotą lub od czasu do czasu używamy roweru (na dystansach powiedzmy większych niż 10 km, mniejsze nadal głównie per pedes). Babcia Kluski i wujek Paweł regularnie bywają na siłowni i basenie. My z tatą Kluski, jako istoty aspołeczne, wolimy aktywność z dala od innych. Każdy jednak rusza się na tyle, by nie musieć przechodzić na dietę.
I to wszystko. Dzieci nie muszą dużo jeść. Dorośli nie muszą dużo jeść. Zwierzęta nie muszą dużo jeść. Lepiej zjeść częściej a mniej, niż dużo a rzadko. Lepiej przynieść zakupy ze sklepu, niż przywieźć samochodem. Niby oczywiste rzeczy, a jednak nadal trudne do przyswojenia. Po wielu latach pustych półek ludzie muszą się nachapać, tak myślę. Kupują mnóstwo rzeczy dzieciom, bo w ich czasach tego nie było. Chyba po drodze gdzieś gubią zdrowy rozsądek i nie wierzą, że zwykłym jabłkiem też można się najeść. Naprawdę można! Tylko trzeba spróbować :)
Co robię, by moje dziecko miało dobry apetyt? Jak to się stało, że Kluska je wszystko chętnie i nie mogę na to w żaden sposób narzekać? Zdradzę Wam pewien sekret:
Nie robię kompletnie nic.
W domu panuje zasada, że jedzenie jest przyjemnością. Jemy to, co lubimy i tyle, ile lubimy. Nic nie jest zakazane, ale też w lodówce jest mnóstwo osobnego żarcia. Dopiero podczas posiłku każdy decyduje, co znajdzie się na jego talerzu. Mało jest mieszania smaków, mało różnokolorowych dań rodem z blogów kulinarnych. Jest surowy pomidor, gotowana kukurydza, ogórek, podsmażona cukinia, ugotowane na parze warzywa. Jakieś mięso, zazwyczaj kurczak lub schabowe usmażone przez babcię, największy o średnicy ośmiu centymetrów. Dziecko zjada z niego parę kęsów. Tak jak wszystkiego innego. Ugryzie plasterek żółtego sera i nam odda. Zje serek z kanapki, kanapkę odda. Zje pół pomidora (tę lepszą, z ziarenkami) i nam odda. Jabłko zamieni w biedronkę i nam odda. Nie chodzimy za nią z jedzeniem, gdy odmówi obiadu. Nie chce, to nie je. Jak poprosi, dostanie o dowolnej porze dnia i nocy. Słodycze leżą na wierzchu (no może poza cukierkami tatusia, ale on chowa je przede mną, nie przed Kluską, która za nimi nie przepada). Przez co je jeden posiłek dziennie, zaczyna rano a kończy go wieczorem. I gdzie te słynne pięć posiłków dziennie zalecane przez lekarzy? Ano ni mo.
Nie jest łatwo znaleźć płatki kukurydziane
bez cukru, ale da się ;)
Można powiedzieć, że odżywiamy się zdrowo, bo nietłusto i nie w fast foodach, ale niejeden dietetyk wytknąłby nam słodzenie herbaty (mnie i tacie Kluski), lub picie słodkich soków zamiast wody mineralnej (to do mnie). W domu pojawiają się wędliny z solą i salami z rakotwórczymi konserwantami. I kiełbasa, dobrze podsuszona. Olewamy dietetyków. Jemy tak, jak nam podpowiada żołądek. Nie rzucamy się na słodycze, bo możemy je zjeść w każdej chwili. Zamiast liczyć sobie nawzajem kęsy, zwyczajnie dużo się ruszamy. Zamiast jeździć samochodem, chodzimy piechotą lub od czasu do czasu używamy roweru (na dystansach powiedzmy większych niż 10 km, mniejsze nadal głównie per pedes). Babcia Kluski i wujek Paweł regularnie bywają na siłowni i basenie. My z tatą Kluski, jako istoty aspołeczne, wolimy aktywność z dala od innych. Każdy jednak rusza się na tyle, by nie musieć przechodzić na dietę.
I to wszystko. Dzieci nie muszą dużo jeść. Dorośli nie muszą dużo jeść. Zwierzęta nie muszą dużo jeść. Lepiej zjeść częściej a mniej, niż dużo a rzadko. Lepiej przynieść zakupy ze sklepu, niż przywieźć samochodem. Niby oczywiste rzeczy, a jednak nadal trudne do przyswojenia. Po wielu latach pustych półek ludzie muszą się nachapać, tak myślę. Kupują mnóstwo rzeczy dzieciom, bo w ich czasach tego nie było. Chyba po drodze gdzieś gubią zdrowy rozsądek i nie wierzą, że zwykłym jabłkiem też można się najeść. Naprawdę można! Tylko trzeba spróbować :)
7.10.14
Spacer do lasu
Jeździ człowiek tym rowerem i jeździ, może wreszcie by spróbować innego środka lokomocji. Na przykład własnych nóg. Miało być ciepło, więc po porannym piątkowym spacerze połączonym z zakupami wybraliśmy się w trójkę na cały dzień do lasu. Jak się zaczęłam zastanawiać, ile godzin tego dnia Kluska spędziła na powietrzu... wyszło mi około ośmiu. Część z nich przesiedziała w wózku, bo niestety nadal nie bardzo chce iść tam gdzie my. Woli tam, gdzie sama chce. A na trasie do lasu jest kilka sklepów z pieczywem, więc dając jej wolną rękę co do wyboru trasy, nie dotarlibyśmy do lasu do wieczora, choć to tylko parę kilometrów. Do granicy, bo tam gdzie szliśmy było około pięciu. Cała wycieczka razem z bieganiem po polance wyniosła około jedenastu, więc w sumie niewiele.
Niestety na trasie wycieczki wyrosła nam ekipa ścinająca drzewa, więc musieliśmy zmienić trasę i poszukać innej polanki. Miało być miejsce na rozbicie namiotu, a to już nie było takie proste, bo w lesie przytartacznym podłoże jest często z rowami wzdłuż nasadzeń. Ciężko po tym chodzić, a co dopiero ustawiać coś, co w założeniu ma mieć płaską podłogę. Ale w końcu znaleźliśmy.
Wszystko fajnie, ale dziecię nie bardzo chce spać. No przecież jesteśmy w lesie, las jest od biegania, od noszenia po nim zabawek, od rzucania piłeczką, od przechodzenia szczeliną między drzewami, od włażenia na... bęc... pieniek, od włażenia... bęc... pieniek... bęc..., od włażenia na pieniek, hop! Nie było bęc? Nuda, idziemy dalej. Trochę się poprzytulałyśmy w namiocie i tyle było ze spania. Pojedliśmy, co mieliśmy, poganialiśmy, znów trochę podratował nas hamak. Kluska postanowiła się pobawić w bujanie mnie. No fantastyczne to było. Człowiek nic nie robi... las szumi, ptaszki śpiewają, piły od ścinki prawie nie słychać... sielanka!
Zawsze jak jestem w lesie, budzi się we mnie marzycielka sprzed lat. W krzakach jagód szukam krasnali, zza drzew wyglądają do mnie leśne boginki, a w największych chaszczach siedzi stary dziad i grzebie patykiem w zębach... Kluska zostaw te paluszki, bo rozsypiesz! Eeee.... a w sumie co mnie to obchodzi. Kopsnij się jednym, może być ten zapiaszczony. ;)
Jak ona cudnie wygląda, jak śpi. Taki skrzacik mały. Z rozbitym nosem, bo się chciało jeździć na wózku od lalek i zaliczyło dzwona paszczą w dywan. No cóż. Pomyśleć, że obie z babcią stałyśmy pół metra obok chcąc ją w razie czego złapać. Nie zdążyłyśmy. Na szczęście w weekend strup już zszedł, ale blizna przez jakiś czas pozostanie.
Niestety w październiku w cieniu szybko łapie chłód. Trza się było zbierać, bo wiało po nerkach. Zanim się popakowaliśmy (zwijanie namiotu nadal nie jest łatwe, jak ktoś chce się nim jednocześnie bawić i po nim skacze), zaszło słońce. Na szczęście nawet po zachodzie dość długo jest jasno, jeśli nie ma chmur. Początkowo Kluska szła z nami piechotą, potem zmęczona całodziennym bieganiem sama zaczęła się pchać do wózka. Niedługo potem zasnęła. I tak sobie spała przez drogę powrotną, a potem jeszcze kwadrans przy ławce przed blokiem, gdy my dożeraliśmy resztę kiełbasy i jogurty na czarną godzinę. Szkoda, że jesień jest taka krótka.
Niestety na trasie wycieczki wyrosła nam ekipa ścinająca drzewa, więc musieliśmy zmienić trasę i poszukać innej polanki. Miało być miejsce na rozbicie namiotu, a to już nie było takie proste, bo w lesie przytartacznym podłoże jest często z rowami wzdłuż nasadzeń. Ciężko po tym chodzić, a co dopiero ustawiać coś, co w założeniu ma mieć płaską podłogę. Ale w końcu znaleźliśmy.
Wszystko fajnie, ale dziecię nie bardzo chce spać. No przecież jesteśmy w lesie, las jest od biegania, od noszenia po nim zabawek, od rzucania piłeczką, od przechodzenia szczeliną między drzewami, od włażenia na... bęc... pieniek, od włażenia... bęc... pieniek... bęc..., od włażenia na pieniek, hop! Nie było bęc? Nuda, idziemy dalej. Trochę się poprzytulałyśmy w namiocie i tyle było ze spania. Pojedliśmy, co mieliśmy, poganialiśmy, znów trochę podratował nas hamak. Kluska postanowiła się pobawić w bujanie mnie. No fantastyczne to było. Człowiek nic nie robi... las szumi, ptaszki śpiewają, piły od ścinki prawie nie słychać... sielanka!
Zawsze jak jestem w lesie, budzi się we mnie marzycielka sprzed lat. W krzakach jagód szukam krasnali, zza drzew wyglądają do mnie leśne boginki, a w największych chaszczach siedzi stary dziad i grzebie patykiem w zębach... Kluska zostaw te paluszki, bo rozsypiesz! Eeee.... a w sumie co mnie to obchodzi. Kopsnij się jednym, może być ten zapiaszczony. ;)
Wydawałoby się, że tu nic nie ma. Po co w kółko chodzić w to samo miejsce. Drzewa, krzaki borówek, jakieś inne zielsko. Nic ciekawego. A ja nadal łudzę się, że las odsłoni rąbka swej tajemnicy. Pokaże coś więcej od zielonego płaszcza. Nie nazwałabym tego odpoczynkiem. Nie wtedy, gdy jesteśmy razem. To jest coś na kształt wspólnej przygody. Takie coś, co się potem opowiada wujkowi i babci siedząc w wannie. Ciężko się opowiada, mając ograniczony zasób słów, ale skoro i tak wszyscy rozumieją, jak było fajnie... i jakie piękne sny się miało...
3.10.14
Bilans dwulatka i trzecia dawka FSME - IMMUN (kleszcze)
Trochę się zawiodłam. Czytałam o bilansie dwulatka niestworzone rzeczy, w naszej przychodni chyba zrobili wersję uproszczoną. Uznaję za odbębniony, ale poza standardowym badaniem chodu w zasadzie go nie było. Wzrok i słuch stwierdzone na oko. Jeśli chodzi o niedobory mowy Kluski, to usłyszałam, że żadne tam dwieście czy trzysta słów, ma prawo nie mówić dużo do trzeciego roku życia i skoro się porozumiewa po swojemu, skoro wykonuje dużo poleceń, to nie ma co się przejmować i skierowania do logopedy nie dostałam. Za to dostałam listę leków bez recepty na wypadek biegunki i wymiotów (wyjazd do Egiptu).
Więc niestety niczego o bilansie się u mnie na blogu nie dowiecie, bo nasza pediatra jest starej daty i jak dziecko biega, płacze i się awanturuje, jest dla niej normalnym dwulatkiem. Tylko wagą się jej zdziwiła, bo Kluska mając 94cm wzrostu waży 14kg. Całkiem sporo zważywszy na to, jak wygląda, a wygląda raczej szczupło. Przynajmniej kończyny. Dopiero jak się człowiek przyjrzy, widzi całkiem spory brzuszek. Zawsze pełny ;) No i Kluska jest mięśniakiem, wiadomo że tłuszcz waży mniej niż mięśnie, a ona tłuszczu ma tyle co na lekarstwo. Za to mięśni całkiem sporo. O czym boleśnie przekonaliśmy się podczas zastrzyku.
FSME - IMMUN to dziwna nazwa szczepionki przeciwkleszczowej. A raczej przeciw odkleszczowemu zapaleniu mózgu. Choroba groźna zwłaszcza u dzieci. A że jak wiecie, w lesie bywamy regularnie - to i dzieciaka na to dziadostwo szczepimy. Szkoda, że nie ma szczepionki na boreliozę, zawsze się stresuję, że Klu coś złapie, ale jak dotąd jakoś to paskudztwo się jej nie ima. Mamy różnie preparaty odstraszające owady i chyba działają.
Zastrzyk jeden, a krzyku jakby zarzynali. Najgorzej było z utrzymaniem nogi. Przez ostatnie pół roku Klusce tak wzmocniły się nogi, że nie byłam w stanie utrzymać ich nieruchomo. Konkretnie prawego uda. Omal pielęgniarka nie złamała igły. Oj ma doświadczenie kobita. W końcu zawzięliśmy się w trójkę, ja dwiema rękami nogę, tata Kluski resztę wijącej się Kluski, a pani pielęgniarką dociągnęła resztę. Spodziewałam się problemów, obrzęków - po dwóch dniach nie ma śladu po ukłuciu. Tradycyjnym efektem ubocznym szczepienia jest rozgadanie Kluski. Zawsze przez kilka dni po każdym szczepieniu jest bardziej gadatliwa. Wczoraj w wannie wyszło jej nawet bardzo ładne "daj". Lubi wydawać rozkazy, czasem wydaje je sobie samej, albo zabawkom. Wcześniej to brzmiało: "da". Jak chce coś dostać, to jeszcze czasem woła wyraźne "mA!" lub "mAM!" - czyli chcę mieć. Ale poza tym marnie, naliczyłam nie więcej niż kilkanaście słów. Chyba że liczyć wieloznaczne "mmmm mmmm" z różną intonacją, wtedy to co najmniej dwa tysiące, hi hi.
Oczywiście, że od czasu do czasu schizuję w temacie autyzmu i innych tego typu problemów rozwojowych. Żeby nie zwariować, szukam terapii stymulującej mowę (nie bardzo stać nas na prywatnego logopedę, ale kto nam zabroni z dzieckiem ćwiczyć w domu?). Popularna jest metoda krakowska, ale tu bez specjalisty się nie obędzie. Póki co znalazłam Makaton, czyli naukę komunikacji za pomocą łączenia gestów i obrazów, często łączony z językiem migowym (wiąże się to z tym, że początkowo służył między innymi dzieciom głuchoniemym, z zespołem Downa, etc.). Gad bless Chomik i google, na początek mamy spor zapas piktogramów. Kluska obrazki lubi, chętnie słucha nazw wyrazów przedstawionych na obrazkach, tylko chyba woli kolorowe, więc będę się musiała pobawić w Gimpie. Najpierw wprowadza się pięć gestów/wyrażeń. Zaczynam od wyrażeń, które zna i rozumie, czyli jeść, spać, pić i tym podobne. Nie nastawiam się na spektakularne efekty, po prostu muszę coś zrobić, żeby nie zwariować. No to koniec gadki na poważne tematy, czas się rozluźnić i przejść do części rekreacyjnej wpisu.
W nagrodę za to, że Kluska tak ładnie kopała i waliła nas pięściami podczas szczepienia (nasz ulubiony tekst do Kluski to: "nie kop babci, bo się spocisz!") zabraliśmy ją po drzemce do lasu. Rowerowo, bo dzień już krótki niestety. Złapaliśmy ostatnie promienie słońca na polance i wjechaliśmy do lasu. Tam już nieco zimniej i wilgotniej, na szczęście mamy już bluzę "misia" na tę okazję i się nie boimy (ta konkretna jest z KappaHlu, ale podobne tylko kolorowe można dostać w Biedronce za grosze, nabyliśmy zielony). To chyba jakiś rodzaj poliestru. Nie tak wiatroodporny jak typowy polar, ale równie ciepły, może nawet bardziej? Każdemu polecam, w zimne sierpniowe wieczory w Norwegii zakładałam takiego misia na polar, na to jeszcze kurtkę od wiatru i było akurat ;)
A w lesie, jak to w lesie, trzeba było przeprowadzić roboty drogowe, pogłaskać mech i zrobić długą traskę pieszą. Z rodzicami oczywiście. Jeśli Klusce te zdolności zostaną na dorosłe życie, to będzie doskonałym przewodnikiem i żaden UU* jej nie przerazi. Ma swoje metody i nie daje się zbić z tropu. Wycieczka idzie, wycieczka nie marudzi i proszę się nie rozłazić! Poza tym w związku z wydarzeniem typu "pierwsza krew" Kluska ma brzydki strup pod nosem i na jednym zdjęciu uchwyciłam moment, w którym wygląda jak czarownica szukająca nowego trzonka do miotły. Albo jak młoda babcia Weatherwax odpalająca miotłę na pych ;)
W lesie byliśmy krótko, a i tak dotarliśmy do domu po zmroku. Postanowiliśmy w miarę możliwości (pomiędzy moimi zleceniami) chodzić lub jeździć do lasu w ciągu dnia. Ale o tym w następnym wpisie.
*UU - Upierdliwy uczestnik. Skrócona nazwa uczestnika wycieczki z przewodnikiem, który ostatni wstaje, pierwszy marudzi że kawa za zimna, a ognisko za duże, kwestionuje trasę i kompetencje przewodnika, jęczy na obiedzie, że niesmaczny, przed wieczorem jest już chory i następnego dnia nie chce nigdzie iść. Co zdolniejsi UU potrafię doprowadzić do rozbicia grupy i przylotu helikoptera. Zazwyczaj są jednak niegroźni i łatwi do unieszkodliwienia (najczęściej przez ignorowanie).
FSME - IMMUN to dziwna nazwa szczepionki przeciwkleszczowej. A raczej przeciw odkleszczowemu zapaleniu mózgu. Choroba groźna zwłaszcza u dzieci. A że jak wiecie, w lesie bywamy regularnie - to i dzieciaka na to dziadostwo szczepimy. Szkoda, że nie ma szczepionki na boreliozę, zawsze się stresuję, że Klu coś złapie, ale jak dotąd jakoś to paskudztwo się jej nie ima. Mamy różnie preparaty odstraszające owady i chyba działają.
Zastrzyk jeden, a krzyku jakby zarzynali. Najgorzej było z utrzymaniem nogi. Przez ostatnie pół roku Klusce tak wzmocniły się nogi, że nie byłam w stanie utrzymać ich nieruchomo. Konkretnie prawego uda. Omal pielęgniarka nie złamała igły. Oj ma doświadczenie kobita. W końcu zawzięliśmy się w trójkę, ja dwiema rękami nogę, tata Kluski resztę wijącej się Kluski, a pani pielęgniarką dociągnęła resztę. Spodziewałam się problemów, obrzęków - po dwóch dniach nie ma śladu po ukłuciu. Tradycyjnym efektem ubocznym szczepienia jest rozgadanie Kluski. Zawsze przez kilka dni po każdym szczepieniu jest bardziej gadatliwa. Wczoraj w wannie wyszło jej nawet bardzo ładne "daj". Lubi wydawać rozkazy, czasem wydaje je sobie samej, albo zabawkom. Wcześniej to brzmiało: "da". Jak chce coś dostać, to jeszcze czasem woła wyraźne "mA!" lub "mAM!" - czyli chcę mieć. Ale poza tym marnie, naliczyłam nie więcej niż kilkanaście słów. Chyba że liczyć wieloznaczne "mmmm mmmm" z różną intonacją, wtedy to co najmniej dwa tysiące, hi hi.
Oczywiście, że od czasu do czasu schizuję w temacie autyzmu i innych tego typu problemów rozwojowych. Żeby nie zwariować, szukam terapii stymulującej mowę (nie bardzo stać nas na prywatnego logopedę, ale kto nam zabroni z dzieckiem ćwiczyć w domu?). Popularna jest metoda krakowska, ale tu bez specjalisty się nie obędzie. Póki co znalazłam Makaton, czyli naukę komunikacji za pomocą łączenia gestów i obrazów, często łączony z językiem migowym (wiąże się to z tym, że początkowo służył między innymi dzieciom głuchoniemym, z zespołem Downa, etc.). Gad bless Chomik i google, na początek mamy spor zapas piktogramów. Kluska obrazki lubi, chętnie słucha nazw wyrazów przedstawionych na obrazkach, tylko chyba woli kolorowe, więc będę się musiała pobawić w Gimpie. Najpierw wprowadza się pięć gestów/wyrażeń. Zaczynam od wyrażeń, które zna i rozumie, czyli jeść, spać, pić i tym podobne. Nie nastawiam się na spektakularne efekty, po prostu muszę coś zrobić, żeby nie zwariować. No to koniec gadki na poważne tematy, czas się rozluźnić i przejść do części rekreacyjnej wpisu.
W nagrodę za to, że Kluska tak ładnie kopała i waliła nas pięściami podczas szczepienia (nasz ulubiony tekst do Kluski to: "nie kop babci, bo się spocisz!") zabraliśmy ją po drzemce do lasu. Rowerowo, bo dzień już krótki niestety. Złapaliśmy ostatnie promienie słońca na polance i wjechaliśmy do lasu. Tam już nieco zimniej i wilgotniej, na szczęście mamy już bluzę "misia" na tę okazję i się nie boimy (ta konkretna jest z KappaHlu, ale podobne tylko kolorowe można dostać w Biedronce za grosze, nabyliśmy zielony). To chyba jakiś rodzaj poliestru. Nie tak wiatroodporny jak typowy polar, ale równie ciepły, może nawet bardziej? Każdemu polecam, w zimne sierpniowe wieczory w Norwegii zakładałam takiego misia na polar, na to jeszcze kurtkę od wiatru i było akurat ;)
A w lesie, jak to w lesie, trzeba było przeprowadzić roboty drogowe, pogłaskać mech i zrobić długą traskę pieszą. Z rodzicami oczywiście. Jeśli Klusce te zdolności zostaną na dorosłe życie, to będzie doskonałym przewodnikiem i żaden UU* jej nie przerazi. Ma swoje metody i nie daje się zbić z tropu. Wycieczka idzie, wycieczka nie marudzi i proszę się nie rozłazić! Poza tym w związku z wydarzeniem typu "pierwsza krew" Kluska ma brzydki strup pod nosem i na jednym zdjęciu uchwyciłam moment, w którym wygląda jak czarownica szukająca nowego trzonka do miotły. Albo jak młoda babcia Weatherwax odpalająca miotłę na pych ;)
W lesie byliśmy krótko, a i tak dotarliśmy do domu po zmroku. Postanowiliśmy w miarę możliwości (pomiędzy moimi zleceniami) chodzić lub jeździć do lasu w ciągu dnia. Ale o tym w następnym wpisie.
*UU - Upierdliwy uczestnik. Skrócona nazwa uczestnika wycieczki z przewodnikiem, który ostatni wstaje, pierwszy marudzi że kawa za zimna, a ognisko za duże, kwestionuje trasę i kompetencje przewodnika, jęczy na obiedzie, że niesmaczny, przed wieczorem jest już chory i następnego dnia nie chce nigdzie iść. Co zdolniejsi UU potrafię doprowadzić do rozbicia grupy i przylotu helikoptera. Zazwyczaj są jednak niegroźni i łatwi do unieszkodliwienia (najczęściej przez ignorowanie).
1.10.14
Warszawa
Duże miasto. Zgiełk, hałas, spaliny, wszędzie pędzący ludzie. Przyciąga innych ludzi jak światło ćmy. Razi w oczy, ale hipnotyzuje z daleka. Mam tak z Warszawą. Urodziłam się w niej, tak jak moja mama, babcia, prababcia i praprababcia. I mama praprababci chyba też. Jakżebym mogła mieszkać gdzie indziej? A jednak mieszkam gdzie indziej. Na tyle jednak blisko, że moja córka też urodziła się w "stolycy". Pewnie się kto obruszy, że powinnam w rejonowym. No nie mogłam, zbyt wielkie było ryzyko kłopotów okołoporodowych, po kądzieli zawsze było źle w tej kwestii. Wybrałam szpital z neonatologią po prostu. Jeden inkubator od WOŚP w rejonówce to było trochę za mało, bym poczuła, że moje dziecko będzie bezpieczne. Na szczęście inkubator okazał się niepotrzebny.
Magia wielkiego miasta, nadal ją czuję z odległości czterdziestu kilometrów. Tym bardziej zazdroszczę Klusce, bo ostatnio bywa w Warszawie częściej niż ja. Średnio co dwa tygodnie. Mało z tych wypadów zdjęć, bo w mieście na dziecko należy uważać, a nie bawić się aparatem. Czasem po prostu brak rąk. Tym cenniejsze są dla mnie te nieostre, te krzywe, w sumie nie na blog... a jednak na blog. To są przede wszystkim ulotne chwile zatrzymane w kadrze. Zawsze mi wpajano za młodu, że nie aparat robi zdjęcie, a człowiek. Trzymam się tego i choć czasem "ratuję" niektóre, by cokolwiek było widać (lub przerabiam, by nie było widać wyraźnie twarzy innych dzieci), to nie traktuję ich po macoszemu. Czasem tylko nie pasują do treści wpisu i mi zalegają po kątach. Zatem dziś wpis specjalnie dla nich. Z wypraw do Warszawy z wujkiem Pawłem i babcią :)
Wyjątkowe spotkanie z kangurem na pikniku w Warszawie, wizyta w zoo, pływanie promem, tarzanie się w kulkach, grzebanie w ogromnym pudle z klockami - to jest coś, czego się nie zapomina. Mimo ukochania lasu moje dziecko w mieście czuje się jak ryba w wodzie. Wielkomiejskie geny? Raczej taki charakter, że wszędzie fajnie, gdzie jesteśmy. Dokąd by nie zabrać Kluski, będzie tutejsza, jak Tutejszy z książki Broszkiewicza. Zawsze mi się w nim to podobało i podoba mi się podejście Kluski.
Najważniejsze, że nie boi się innych dzieci, hałasu, tłumu, wielkich przestrzeni. Na początku jest ostrożna i obserwuje wszystko z rąk wujka, by stwierdziwszy po jakimś czasie, że teren bezpieczny - rzucić się w wir zabawy. Uważnie obserwuje innych ludzi, czym przykuwa uwagę. A jeśli nie tym, to sposobem w jaki spożywa posiłki. Raz się zdarzyło, że jeden tata na wesoło ochrzaniał swoją starszą córkę, żeby brała z Kluski przykład. No tak, patrzenie Kluskę spożywającą posiłki to sama radość. Zupę może trochę na siebie wylewa, ale głównie dlatego, że woli jeść dorosłą łyżką. Ostatnio zjadła pół litra, nie żartuję. Jak babcia zrobi zupę... to wiecie co. Na mieście Kluska jada zwyczajnie. Daję wolną rękę opiekunom, nawet frytkę wybaczę czy słodki soczek. To nieważne. Stosuję zasadę, że w domu jemy, tak jak trzeba. Żadne tam ekosreko, po prostu staram się, by dziecko jadło jak najmniej jadła przetworzonego, w diecie dominuje surowizna, rzadziej gotowizna czy smażyzna. Zamiejscowa dieta jest bardziej różnorodna. Podróże rządzą się innymi prawami, tutaj hulaj dusza, piekła nie ma, raz się żyje i inne tego typu hasła. Czyli jak zobaczycie kiedyś Kluskę z parówką, słodkim soczkiem z kartonu, pieczoną kiełbasą i lodami, to znak, że właśnie podróżuje ;)

Duże miasto ma tę zaletę, że co weekend można jechać gdzie indziej. W ciepłym sezonie atrakcje wyrastają jak grzyby po deszczu. No i przyzwyczajają Kluskę do innych miejsc niż rodzinny dom. To w naszym wypadku bardzo ważne, rodzinę nosi po świecie. Naszym celem jest, aby przyzwyczaiła się do częstych zmian w swoim życiu. Rytuały zachowane, mniej więcej kolejność posiłków i spanie, zmienia się tylko otoczenie. Bywa różnie, czasem nadmiar emocji nie pozwala spać. Ale na tę parę dni odejście od schematu dnia nie czyni rewolucji. Na szczęście Kluska nigdy nie była bardzo wrażliwa na tym punkcie. Rutyna jest bardziej dla nas, by nie wypaść z rytmu i o niczym nie zapomnieć.
No i podróżniczo Kluska się wdała w nas, bo przemieszczać się uwielbia. Przejazd pociągiem? Super! Przejazd metrem? Jeszcze lepiej! Gdyby mogła, jeździłaby z Młocin na Kabaty i z powrotem cały dzień. Tramwaj? No pewno! Prom? Tym lepiej. Samolot? No, to jeszcze przed Kluską, mam nadzieję, że lot zniesie dobrze, a czeka ją długi. Ponoć dzieci w samolotach dobrze śpią, oby tak było.
Są i efekty uboczne dorastania, jako że Kluska coraz więcej rozumie z tego, co do niej mówimy, to i czasem się nam za to obrywa. Na przykład na nas pluje. Taka zabawa! Pluć nauczyła babcia, bo nie chciała by biedne dziecię piło wodę z wanny. Z tym mydłem, siuśkami, no wiecie. Efekt tego jest taki, że połowa wody jest wypijana, a druga wypluwana na podłogę lub osobę kąpiącą. Faaaajniieee. Ale się nie denerwujemy, nie obrażamy, nie tupiemy nogami ze złości. My, bo babcia znosi kąpiele nieco gorzej. Już nawet nie przez plucie, ale z powodu chlapania. Jak Kluska była mała, każdą kąpiel kończyłam zmianą ubrania. Teraz podobnie, a nawet gorzej, bo jak nie zdążę uciec, to mi jeszcze wodą ociekają włosy.Babcia się po prostu wkurza, bo nie lubi się w kółko przebierać. Kąpiele nadal długie, po pół godzinie zaczyna się namawianie, że może wychodzimy, że może już, bo woda zimna - Kluska ucieka, próbuje pływać, znowu chlapie, domaga się mopa, dostaje, z poziomu wanny myje nim podłogę (a jest z czego), w końcu porzuca mopa na korzyść innych rozrywek, np. próby programowania pralki... długo by opowiadać. Tylko myć głowy nie lubi. Jak tylko poczuje pianę we włosach, zaczyna się płacz. Myjemy więc ekspresowo, płuczemy jeszcze szybciej. Żaden prysznic. Z kubka wylewamy chlustem wodę na głowę. Im więcej, im bardziej zamaszyście, tym lepiej, bo od tego dziecko się śmieje. I potem jeszcze myk myk suchym ręcznikiem przetrzeć oczy. Nieprzyjemna rzecz zamienia się w zabawę. Czasem jest to impuls do zakończenia kąpieli, więc to nasza ostatnia deska ratunku (ze względu na powracającą ciemieniuchę Kluska głowę mytą ma rzadko, odkryłam ewidentny związek z szamponem, trochę potrwa, zanim znajdziemy właściwy).
Ostatnio ulubioną zabawą jest zabawa w pociąg. Tatuś nauczył, a jakże. On powinien pracować jako pan
przedszkolanek, albo inny pedagog. Nic nie robi, a dzieci przy nim chodzą jak w zegarku ;) Zabawa w pociąg, tłumaczę na wypadek gdyby ktoś w dzisiejszych multimedialnych czasach nie pamiętał, polega na ustawianiu krzesełek w rzędzie i udawaniu, że się jedzie i gwiżdże. Ciuch ciuch, ciuch ciuch. Ile ja się tak nabawiłam w przychodniach w dzieciństwie. Tak sobie myślę, że teraz by dzieciom tak się bawić w przybytkach zdrowia nie pozwolono.
W ogóle małe dzieciaki wydają mi się być mało kreatywne jeśli chodzi o zabawę. Biegają, grają w piłkę, używają zabawek, wspinają się na drabinki, ale żeby kilkanaścioro dzieci wymyśliło zabawę w "coś" i uskuteczniało bez animacji z zewnątrz (w stylu: a teraz dzieci pobawimy się w), to już dawno nie widziałam.Wpływ telewizji, komputerów? Nie sądzę. Prędzej braku wolności. Dziś dzieci chowane są w sztywnych ramach, one są niewidoczne z pozoru, ale są. Nawet ja je podświadomie wyczuwam. Kiedy wygłupiam się z Kluską w piaskownicy i tarzam z nią po ziemi, czuję na sobie wzrok rodziców. Ten wzrok. Krytyczny. Jeszcze ich dziecko to zobaczy i też będzie tak chciało. Żeby mama siedziała na ziemi i miała włosy pełne piasku. Bezstresowe chowanie, też coś. Trzeba dziecko uczyć dyscypliny, bo potem będzie biedne w przedszkolu! Może będzie, może nie będzie, się zobaczy. Póki co piasek z włosów całkiem nieźle spłukuje prysznic. ;)
Aha i mała uwaga techniczna. Jeśli karmicie dzieci mlekiem modyfikowanym lub strasznie złymi kaszkami z cukrem - nie wyrzucajcie dołączonych do nich plastikowych łyżeczek. Zbierajcie na przyszłość. W piaskownicy Kluska robi nimi furorę!
Magia wielkiego miasta, nadal ją czuję z odległości czterdziestu kilometrów. Tym bardziej zazdroszczę Klusce, bo ostatnio bywa w Warszawie częściej niż ja. Średnio co dwa tygodnie. Mało z tych wypadów zdjęć, bo w mieście na dziecko należy uważać, a nie bawić się aparatem. Czasem po prostu brak rąk. Tym cenniejsze są dla mnie te nieostre, te krzywe, w sumie nie na blog... a jednak na blog. To są przede wszystkim ulotne chwile zatrzymane w kadrze. Zawsze mi wpajano za młodu, że nie aparat robi zdjęcie, a człowiek. Trzymam się tego i choć czasem "ratuję" niektóre, by cokolwiek było widać (lub przerabiam, by nie było widać wyraźnie twarzy innych dzieci), to nie traktuję ich po macoszemu. Czasem tylko nie pasują do treści wpisu i mi zalegają po kątach. Zatem dziś wpis specjalnie dla nich. Z wypraw do Warszawy z wujkiem Pawłem i babcią :)
Wyjątkowe spotkanie z kangurem na pikniku w Warszawie, wizyta w zoo, pływanie promem, tarzanie się w kulkach, grzebanie w ogromnym pudle z klockami - to jest coś, czego się nie zapomina. Mimo ukochania lasu moje dziecko w mieście czuje się jak ryba w wodzie. Wielkomiejskie geny? Raczej taki charakter, że wszędzie fajnie, gdzie jesteśmy. Dokąd by nie zabrać Kluski, będzie tutejsza, jak Tutejszy z książki Broszkiewicza. Zawsze mi się w nim to podobało i podoba mi się podejście Kluski.
Najważniejsze, że nie boi się innych dzieci, hałasu, tłumu, wielkich przestrzeni. Na początku jest ostrożna i obserwuje wszystko z rąk wujka, by stwierdziwszy po jakimś czasie, że teren bezpieczny - rzucić się w wir zabawy. Uważnie obserwuje innych ludzi, czym przykuwa uwagę. A jeśli nie tym, to sposobem w jaki spożywa posiłki. Raz się zdarzyło, że jeden tata na wesoło ochrzaniał swoją starszą córkę, żeby brała z Kluski przykład. No tak, patrzenie Kluskę spożywającą posiłki to sama radość. Zupę może trochę na siebie wylewa, ale głównie dlatego, że woli jeść dorosłą łyżką. Ostatnio zjadła pół litra, nie żartuję. Jak babcia zrobi zupę... to wiecie co. Na mieście Kluska jada zwyczajnie. Daję wolną rękę opiekunom, nawet frytkę wybaczę czy słodki soczek. To nieważne. Stosuję zasadę, że w domu jemy, tak jak trzeba. Żadne tam ekosreko, po prostu staram się, by dziecko jadło jak najmniej jadła przetworzonego, w diecie dominuje surowizna, rzadziej gotowizna czy smażyzna. Zamiejscowa dieta jest bardziej różnorodna. Podróże rządzą się innymi prawami, tutaj hulaj dusza, piekła nie ma, raz się żyje i inne tego typu hasła. Czyli jak zobaczycie kiedyś Kluskę z parówką, słodkim soczkiem z kartonu, pieczoną kiełbasą i lodami, to znak, że właśnie podróżuje ;)
Duże miasto ma tę zaletę, że co weekend można jechać gdzie indziej. W ciepłym sezonie atrakcje wyrastają jak grzyby po deszczu. No i przyzwyczajają Kluskę do innych miejsc niż rodzinny dom. To w naszym wypadku bardzo ważne, rodzinę nosi po świecie. Naszym celem jest, aby przyzwyczaiła się do częstych zmian w swoim życiu. Rytuały zachowane, mniej więcej kolejność posiłków i spanie, zmienia się tylko otoczenie. Bywa różnie, czasem nadmiar emocji nie pozwala spać. Ale na tę parę dni odejście od schematu dnia nie czyni rewolucji. Na szczęście Kluska nigdy nie była bardzo wrażliwa na tym punkcie. Rutyna jest bardziej dla nas, by nie wypaść z rytmu i o niczym nie zapomnieć.
Dorasta mi dziecko. Ostatnio zaczęliśmy wymieniać zeznania i okazuje się, że nie wiadomo kiedy Kluska nauczyła się podawać rękę przy powitaniu. Nikt jej tego nie uczył, w domu sami swoi, zwykłe cześć wystarczy, do innego witania nie było zbyt wielu okazji. A tu o. Śledztwo wykazało, że pierwsze cześć było na Jordanku, w obecności taty. Inny tata podszedł i wyciągnął do niej rękę na powitanie, a ona mu tym samym odpowiedziała. No proszę. Może to efekt "bywania"?
Są i efekty uboczne dorastania, jako że Kluska coraz więcej rozumie z tego, co do niej mówimy, to i czasem się nam za to obrywa. Na przykład na nas pluje. Taka zabawa! Pluć nauczyła babcia, bo nie chciała by biedne dziecię piło wodę z wanny. Z tym mydłem, siuśkami, no wiecie. Efekt tego jest taki, że połowa wody jest wypijana, a druga wypluwana na podłogę lub osobę kąpiącą. Faaaajniieee. Ale się nie denerwujemy, nie obrażamy, nie tupiemy nogami ze złości. My, bo babcia znosi kąpiele nieco gorzej. Już nawet nie przez plucie, ale z powodu chlapania. Jak Kluska była mała, każdą kąpiel kończyłam zmianą ubrania. Teraz podobnie, a nawet gorzej, bo jak nie zdążę uciec, to mi jeszcze wodą ociekają włosy.Babcia się po prostu wkurza, bo nie lubi się w kółko przebierać. Kąpiele nadal długie, po pół godzinie zaczyna się namawianie, że może wychodzimy, że może już, bo woda zimna - Kluska ucieka, próbuje pływać, znowu chlapie, domaga się mopa, dostaje, z poziomu wanny myje nim podłogę (a jest z czego), w końcu porzuca mopa na korzyść innych rozrywek, np. próby programowania pralki... długo by opowiadać. Tylko myć głowy nie lubi. Jak tylko poczuje pianę we włosach, zaczyna się płacz. Myjemy więc ekspresowo, płuczemy jeszcze szybciej. Żaden prysznic. Z kubka wylewamy chlustem wodę na głowę. Im więcej, im bardziej zamaszyście, tym lepiej, bo od tego dziecko się śmieje. I potem jeszcze myk myk suchym ręcznikiem przetrzeć oczy. Nieprzyjemna rzecz zamienia się w zabawę. Czasem jest to impuls do zakończenia kąpieli, więc to nasza ostatnia deska ratunku (ze względu na powracającą ciemieniuchę Kluska głowę mytą ma rzadko, odkryłam ewidentny związek z szamponem, trochę potrwa, zanim znajdziemy właściwy).
Ostatnio ulubioną zabawą jest zabawa w pociąg. Tatuś nauczył, a jakże. On powinien pracować jako pan
przedszkolanek, albo inny pedagog. Nic nie robi, a dzieci przy nim chodzą jak w zegarku ;) Zabawa w pociąg, tłumaczę na wypadek gdyby ktoś w dzisiejszych multimedialnych czasach nie pamiętał, polega na ustawianiu krzesełek w rzędzie i udawaniu, że się jedzie i gwiżdże. Ciuch ciuch, ciuch ciuch. Ile ja się tak nabawiłam w przychodniach w dzieciństwie. Tak sobie myślę, że teraz by dzieciom tak się bawić w przybytkach zdrowia nie pozwolono.
W ogóle małe dzieciaki wydają mi się być mało kreatywne jeśli chodzi o zabawę. Biegają, grają w piłkę, używają zabawek, wspinają się na drabinki, ale żeby kilkanaścioro dzieci wymyśliło zabawę w "coś" i uskuteczniało bez animacji z zewnątrz (w stylu: a teraz dzieci pobawimy się w), to już dawno nie widziałam.Wpływ telewizji, komputerów? Nie sądzę. Prędzej braku wolności. Dziś dzieci chowane są w sztywnych ramach, one są niewidoczne z pozoru, ale są. Nawet ja je podświadomie wyczuwam. Kiedy wygłupiam się z Kluską w piaskownicy i tarzam z nią po ziemi, czuję na sobie wzrok rodziców. Ten wzrok. Krytyczny. Jeszcze ich dziecko to zobaczy i też będzie tak chciało. Żeby mama siedziała na ziemi i miała włosy pełne piasku. Bezstresowe chowanie, też coś. Trzeba dziecko uczyć dyscypliny, bo potem będzie biedne w przedszkolu! Może będzie, może nie będzie, się zobaczy. Póki co piasek z włosów całkiem nieźle spłukuje prysznic. ;)
Aha i mała uwaga techniczna. Jeśli karmicie dzieci mlekiem modyfikowanym lub strasznie złymi kaszkami z cukrem - nie wyrzucajcie dołączonych do nich plastikowych łyżeczek. Zbierajcie na przyszłość. W piaskownicy Kluska robi nimi furorę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)