18.2.13

Depresja

Sporo się o tym czyta w sieci, słyszy od znajomych, statystyki są przerażające, na co dzień jednak nie mówi się za wiele. Nie mam na myśli przemęczenia, nadmiaru obowiązków, bólu. Mam na myśli temat psychiki. W naszym kraju jest to temat tabu. Można być przemęczonym, zdołowanym, ale lepiej nie chorować na depresję. Nie przyznawać się do regularnych wizyt u psychiatry, nie mówić o lekach... Jakieś to wstydliwe i może nawet podważające mit kobiety, która udźwignie wszystko? No nie każda niestety.
O macierzyństwie zwykle pisze się albo w samych superlatywach, albo jako czymś wymagającym ogromnego wysiłku, poświęceń, niemal męki dla dobra dziecka. W obu wersjach nie ma miejsca na psychikę matki. Matka w powszechnej opinii nie ma czegoś takiego jak psychika, a więc nie może się załamać. Jeśli mówi że jej źle, że sobie nie radzi, że już więcej tego nie wytrzyma - odzew jest raczej marny. Mówi się jej, że inne matki też tak mają, że to normalne i że minie. Mówi się, że jej babki i matki tak cierpiały, to ona też musi. Albo że ktoś inny ma jeszcze gorzej i nie narzeka. Albo że sobie wmawia i nic jej nie jest.  Pewnie dlatego coraz częściej słyszy się o noworodkach w beczkach, o dzieciach które "wypadły" z kocyka i innych tego typu dramatach. Tak, celowo użyłam słowa dramat nie zbrodnia. Takie sytuacje są moim zdaniem pochodną tego, że matki po urodzeniu dzieci są traktowane jak klacze rozpłodowe. Psychika? Depresja? Fanaberie! Masz rodzić i kochać, do tego zostałaś stworzona przez naturę!
Tak jak nie podobają mi się akcje polegające na wmawianiu kobiecie, że aborcja rozwiąże ich wszystkie problemy, tak nie znoszę traktowania kobiet jako dodatku do dziecka, które jest ważniejsze od niej. Tak nie powinno być. W szpitalach są tabuny położnych i doradców laktacyjnych, psychologów jak na lekarstwo. A właśnie Ci ostatni przydaliby się najbardziej.

Poród jak i sama ciąża (zwłaszcza ta z problemami) to ogromne obciążenie dla psychiki. Burza hormonalna, wszelkie obawy o dziecko, ból podczas porodu i po nim, wreszcie opieka nad małym wrzaskunem - nie są to rzeczy, które nie pozostawiają w psychice żadnego śladu. Ślad pozostaje zawsze, jednak nie musi zakończyć się chorobą. Ale nader często tak się staje. I nie mówię tu o sławetnym Baby Bluesie, który zazwyczaj znika tak szybko, jak się pojawia. Mówię o prawdziwej chorej psychice, która w skrajnych przypadkach zagraża życiu i zdrowiu tak matki jak i jej dziecka. Nie znoszę bagatelizowania tego problemu, nie znoszę kobiet, które próbują wmówić innym kobietom, że poród uczyni je silniejszymi. Niestety nie. Jeśli kobieta była silna przed urodzeniem dziecka, zazwyczaj poród nie obciąży jej mocno. Ale jeśli trafiło na kobietę wrażliwą, po wielu życiowych przejściach, depresję poporodową ma jak w banku. Nie pojawia się ona od razu, o nie. Jej objawy mogą wystąpić nawet pół roku po urodzeniu dziecka, a bywa że i później. Mam wrażenie, że jest spory związek z tak zwanymi hormonami szczęścia, to znaczy depresja często pojawia się po odstawieniu dziecka od piersi. Ale to wcale nie musi być reguła, zwłaszcza że karmienie piersią to nie jest nieustająca przyjemność. Bywa, że to właśnie trauma związana z nieudanym karmieniem i presja społeczna są powodami wystąpienia depresji.


Jak to było ze mną? Depresja poporodowa to było coś, co spędzało mi sen z powiek przez całą ciążę. Wiedziałam, że moja mama na nią cierpiała, wiedziałam że w rodzinie choroby psychiczne występują często, sama miewałam stany depresyjne już od czasów licealnych. Zatem wszystko wskazywało na to, że jej nie uniknę, mogę jednak próbować przeciwdziałać. Nie znoszę myśli, że musiałabym brać psychotropy, wszelkie kontakty z lekarzami są dla mnie doświadczeniem zawsze strasznym, niezależnie od tego czy są to specjaliści czy zwykli interniści. Robiłam więc i robię co mogę, by do tego nie doszło. Pocieszam się, że skoro poradziłam sobie tyle razy, to i tym razem się uda. Minęło pół roku i uznaję, że nie jest najgorzej. Jeszcze nie wygrałam, ale jest dobrze. Pierwsze objawy depresji zaczęłam mieć w okolicach drugiego, trzeciego miesiąca po porodzie. Właśnie wtedy, kiedy zaczęłam się wysypiać, a moje dziecko było już zdrowe i prawie nie płakało. A mnie było źle, źle i coraz gorzej. Poza tym dopadł mnie wrzód żołądka i to załamało mnie do końca. Na szczęście nie byłam sama, małą zajmował się głównie tata, ja leczyłam przede wszystkim wrzód. Po kuracji antybiotykowej przyszedł czas na psychikę. Uradziliśmy, że nie mogę pod żadnym pozorem zostać sama z dzieckiem. Przynajmniej nie na początku. Nie powinnam też spać z nią w jednym pokoju, bo z nerwów budzę się co godzinę, czy jest potrzeba czy nie. Poranne pobudki też mi nie pomagają, dlatego rano Kluską zajmuje się tata, ja wkraczam w okolicy godziny jedenastej, czasami nawet później. Nie biorę żadnych lekarstw poza witaminami, staram się co jakiś czas wychodzić sama na spacer, raz w miesiącu wyjeżdżam do Warszawy, by się zupełnie oderwać i naładować baterie. To wszystko dodaje mi sił. Ale nadal budzenie się rano jest walką. To działa w ten sposób, że słyszę w pokoju obok Kluskę, ale do niej nie wstaję, chyba że zanosi się na to, że zaraz zacznie płakać. Niby wiem, że powinnam do niej wstać, ale czekam po cichu myśląc "a może ktoś to zrobi za mnie?". Nie wyobrażam sobie, jak by to wyglądało, gdybym całe dnie spędzała z nią sama. Na szczęście jest ktoś obok, kto w porę kopnie mnie w zad i każe się ogarnąć. O tak. Pewnie myślicie, że ktoś z objawami depresji oczekuje współczucia, wsparcia i tak dalej. Jest dokładnie na odwrót. Do chorego na depresję trzeba krzyczeć, trzeba go siłą wyciągać z łóżka i kazać robić zakupy czy rozwiesić pranie. Trzeba oczekiwać od niego bezwzględnego wypełniania obowiązków, żadnego głaskania po głowie i litości! A i tak nie ma się pewności, czy z dnia na dzień nie będzie gorzej.

Dlatego też cały czas obserwuję swoje reakcje i czekam. Typowych objawów przepowiadających jeszcze nie mam, czyli tak zwanych stanów depresyjnych. Mało brakowało, ale póki co jest ok. To znaczy wstaję z łóżka, choć jest mi trudno. Wychodzę z domu bez problemu, nie szukam pretekstów, nie wykręcam się od wizyt towarzyskich. Problemy ze snem są, ale jeszcze nie tak poważne, by się martwić. Nie unikam ludzi, ale już czuję się wyczerpana, niezależnie od tego czy śpię sześć godzin czy dwanaście. Budzę się często, ale już nie co godzinę, więc jest lepiej. Z apetytem w normie, ale gdyby nie tata Kluski który mnie karmi, jadłabym na pewno dużo mniej. Czekam wiosny, ciepło i słońce zawsze pomagają.

Wbrew stereotypom depresja często dotyka zupełnych optymistów, ludzi tryskających humorem. W czasach, kiedy było ze mną naprawdę źle, w okolicy trzeciego roku studiów, gdy potrafiłam trzy godziny szykować się do wyjścia i w końcu nie wyjść - opowiadałam dowcipy, wybuchałam śmiechem z byle powodu, oglądałam seriale komediowe. Przygnębienie i niechęć do życia przychodzą tak naprawdę w ostatnim stadium choroby i to też nie zawsze. Depresja zazwyczaj charakteryzuje się spadkiem aktywności, brakiem apetytu, trudnościami przy podejmowaniu decyzji, bezsennością w nocy i nadmierną sennością za dnia. Dopiero jeśli trwa to wiele miesięcy, człowiek jest tak wykończony, że ma ochotę ze sobą skończyć. Czasami kobiety nie wytrzymują i zabijają swoje dziecko upatrując w nim źródła swoich problemów. Tak to właśnie wygląda. Paskudnie, prawda? Bycie rodzicem to niełatwe zadanie, nie każdy jest do tego stworzony. Czasami jest tak, że pragniemy dziecka i kochamy je, ale coś w nas krzyczy i płacze, chce uciekać. Nie ma sensu tego ukrywać, tłamsić. Trzeba ratować siebie, swoją psychikę. Jeśli poradzimy sobie ze swoimi problemami, czy samodzielnie, czy z pomocą innych ludzi, terapii, lekarstw - to już nieistotne. Matka też człowiek - zawsze to sobie powtarzam.

27 komentarzy:

  1. Dobrze, że masz koło siebie bliskich, którzy Ci w tym pomagają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie wiem, jak skomentować tę notkę w inny sposób, niż poprzez podłączenie się do czyjegoś komentarza (bo nie mam konta na blogspocie).

      Bardzo, bardzo dziękuję za tę notkę. W piątek byłam po raz pierwszy w życiu u psychiatry. Żałuję, że zrobiłam to dopiero teraz, bo jestem przed trzydziestką, ale mam za sobą co najmniej dwa nawroty stanów depresyjnych. Własnie trwa trzeci i nie mogę zrozumieć, co się ze mną dzieje. Dobrze wiedzieć, że to nie tylko ja tak mam!

      Usuń
    2. Zawsze wszystkich wysyłam do psychiatry, a sama się nie wybieram, taka jestem mądra ;) Byłam raz, w liceum, wrażenia miałam takie, że jakby co to dostanę prochy, ale poza tym muszę być twarda i przez to przejść. Problem, że nie jestem aż tak twarda, jak mi się kiedyś zdawało. Ale chałupnicze metody bezproszkowe też dają radę, zwłaszcza gdy rozpoznaję pierwsze symptomy i nie pozwalam chorobie zapanować.

      Usuń
    3. o, właśnie, do niedawna to ja wszystkim mówiłam, że "psychiatra to lekarz jak każdy i nie ma się czego wstydzić", ale już nie czułam się tak pewnie wykupując w aptece przepisane mi prochy. Śmieszne, bo mój własny tata jest farmaceutą i pierwszy raz w życiu nie zadzwoniłam do niego z pytanem "czy warto wykupywać"....

      Usuń
    4. U mnie to nie jest kwestia wstydu tylko niechęci do kontaktów ze służbą jakiegokolwiek zdrowia, w zeszłym roku byłam u internisty po raz pierwszy od ponad ośmiu lat. ;) Tylko do ginekologa łażę w miarę regularnie, co do reszty, gania za mną dentysta, dermatolog, badania gastrologiczne... to nie na moje nerwy ;) W tym roku mam plan dotrzeć do dentysty, podczas ciąży zęby posypały się okropnie, nie ma co dłużej zwlekać.

      Usuń
    5. A i jeśli chcesz wpisać jakikolwiek nick bez logowania, wybierz z rozwijanej listy na dole Nazwa/adres URL. W pole nazwa wpisz imię lub cokolwiek innego, pole adresu pozostaw puste, komć powinien dodać się bez problemu. "Anonimy" czasem blogger wrzuca mi do spamu, z Nazwy powinny przechodzić bez przeszkód.

      Usuń
  2. Czytając Twoje wcześniejsze wypowiedzi w życiu bym nie pomyślała. Wydajesz się być twarda babką, wiesz z jajami- oczywiście w pozytywnym sensie :)
    Niewiele wiem na temat depresji, tyle co wyczytałam będąc w ciąży, bo i mnie przez moment nurtowało pytanie jak to będzie po porodzie i czy, aby przypadkiem.. zwłaszcza, że ja jestem dla odmiany wrażliwiec na maxa. Czasem byle złe słowo kierowane w moją stronę potrafi mnie zranić, wzruszam się na reklamach (na szczęście to efekt burzy hormonów), a i do tego wszystkiego jestem nerwus. Mąż się ze mnie śmieje, że skóra na tyłku to już pancerna u mnie powinna być, bo wiesz... jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć twardą dupę.
    Bardzo dobrze, że masz tak ogromne wsparcie w mężu. Wydaje mi się jednak, że jesteś na tyle silną babeczką i naprawdę mocnym charakterem, że sama sobie równie doskonale radzisz :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym radzeniem sobie różnie bywa, ratuje mnie optymizm i wiara w to, że musi być lepiej, bo gorzej być już nie może ;)

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy post. Podjęłaś trudny temat. To rzeczywiście tabu. Znam jedną osobę depresyjną i jej stany bywają skrajnie złe. Ty jednak masz dużą świadomość sytuacji i widać, że radzisz sobie świetnie. Tak trzymaj! Koko dżambo i do przodu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam zdecydowanie zbieżne przemyślenia na ten temat. I odnośnie bagatelizowania samopoczucia matki, i przyczyn tak głośnych ostatnio przypadków dzieciobójstwa, i szpitalnej traumy. Fajnie, że poruszyłaś ten temat.

    Tylko co do zaprzestania karmienia piersią - akurat dla mnie było to wybawienie i wielka zmiana podejścia do macierzyństwa.

    Co więcej, wiem, co przeżywasz.
    Baby blues związany ze zmianami w gospodarce hormonalnej itd. to był pikuś w porównaniu z dołem, który włączył mi się właśnie po pół roku. Tak, poszłam do psychiatry, bo nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie pracować, a praca w domu połączona z opieką nad dzieckiem naprawdę wymaga motywacji. Tak, dostałam leki i - chociaż całe życie miałam do nich podejście "absolutnie nie" - nic mi się od nich nie zrobiło dziwnego. Mocne leki są dla naprawdę chorych, na depresję i stany podobne (u mnie zaburzenia adaptacyjne) nie dostaje się nic hardcorowego, od czego człowiek by się w jakikolwiek sposób zmieniał. Za to naprawdę mi ulżyło, co pośrednio przyczyniło się też do poprawy jakości życia całej rodziny.

    Powiem tyle: psychiatra nie gryzie, i nie warto zwlekać do ostatniej chwili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja mam słaby żołądek, psychotropy mają sporo skutków ubocznych, przy moim wrzodzie staram się robić wszystko, by dodatkowo się nie obciążać. Stąd metody chałupnicze, o których tu nie pisałam, bo by notka miała kilka stron. W wielkim skrócie: Deprim ziołowego pochodzenia (szałwia), herbatki szałwiowe do picia, gorące kąpiele z olejkami eterycznymi (tymi z gatunku atydepresyjnych i rozluźniających), świeże powietrze, wystawianie twarzy na słońce (wiosną oraz w śnieżną zimę łatwiej), czekolada.

      Usuń
    2. Lavinko, czy gdzieś u Ciebie na blogu jest coś więcej o radzeniu sobie z depresją? Sama się borykam od wielu, wielu lat i mimo, że staram się być twarda, to przekleństwo wraca na okrągło:) Chciałabym się wspomagać naturalnie. Potwierdzam, że ruch i słońce działa jak marzenie, dodatkowo świetna jest też kawa (czekolada na mnie już od dawna nie dziala;)). O szałwii nie wiedziałam. Znasz jakieś inne zioła/produkty spożywcze pomagające w depresji?

      Usuń
    3. Wiesz, zioła nie leczą depresji, pozwalają tylko wzmocnić organizm, by sam sobie z nią poradził. Jeśli depresja powraca w silnej fazie, bez leczenia farmakologicznego i wizyt u specjalisty się nie uda. Jak do tej pory nie wymyśliłam nic innego niż faszerowanie się magnezem, spędzania dużej ilości czasu na świeżym powietrzu i przerzucania obowiązków na inne osoby. Ich nadmiar powoduje przemęczenie, a przemęczenie wciska człowieka w zły nastrój, a od tego prosta droga do stanów depresyjnych, które mogą przerodzić się w prawdziwą chorobę, przy której nawet farmakologia czasem pozostaje bezsilna. Mogę też polecić coś zupełnie zewnętrznego - jazdę na rowerze. W moim przypadku działa jak plasterek na ranę. Dłuższa jazda produkuje tyle endorfin, że cieszę się sama nie wiem z czego. Przepełnia mnie takie rzadkie uczucie błogości i oderwania od codziennych mniej miłych spraw. Wybieram sobie punkt na mapie i tam jadę. Czy to drewniany kościółek, czy kapliczka, czy stary młyn, czy stara chałupka. Dużo miejsc odkrywam po drodze przypadkiem. Może faktycznie powinnam o tym więcej napisać? Nawet nie tyle jak leczyć depresję, ale co sprawia, że czuję się szczęśliwa? Pomyślę :)

      Usuń
  5. Myślę, że mimo wszystko doskonale sobie radzisz i jesteś mądrą osobą, bo zdajesz sobie sprawę z tego co Ci dolega, czytasz o tym.
    I zgadza się psychiatra nie gryzie, warto spróbować, nawet dla zwykłej rozmowy, wygadania się

    OdpowiedzUsuń
  6. Fakt, nikt nie mówi i nie myśli o zadbaniu o zdrowie psychiczne kobiet w ciąży i po porodzie, a to bardzo ważne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzielna jesteś, Lavinko, i fajnie piszesz :)
    Pozdrowienia dla Cibie, Klusi i ToMiego :)

    OdpowiedzUsuń
  8. pozdrawiam icaluję Ciebie icalą resztę ,dobrze ze poruszylaś temat depresji dzięki....macierzyństwo bezstresowe, bezproblemowe bezz....to tylko na obrazach Wyspiańskiego....wszystkieg dobrego na kazdy dzień

    OdpowiedzUsuń
  9. Moja Lenka waży 9,40 kg a mierzy 78,5 cm :) Tak że kawał baby z niej :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. poruszyłaś bardzo ważny bardzo kontrowersyjny i często "przemilczywany problem i bardzo dobrze że go poruszyłaś. muyślę że niektórym otworzyłaś oczy, na coś do czego sami przed sobą się nie przyznawali.

    i w zasadzie we wszystkim się zgadzam z tobą.

    matka nie sprzęt i nie zawsze "kocha" od razu dzidziusia " na zamówienie" i nie zawsze sie cieszy macierzyństwem tak jak wszyscy tegoo czekują

    takie czasy taka presja.

    ja nie ukrywam że jak tylko potrzebuję walę jak w dym do psychologa. psycholog pomaga uporać się z chorobą mamy, ze śmiercią bliskiego członka rodziny, pomógł wyjść z traumy po cesarze. matka nie sprzęt;) ale jak tylko można sobie pomóc to zapewnić tyle ludzi i śdrodków co potrzeba by pomogli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja od razu kochałam córkę, tylko byłam pewna, że ona mnie nie kocha, niezła jazda, nie? Parudniowe dziecko mnie nie kocha, bo jak idzie na ręce do taty to nie płacze, a u matki wyje, na prawdę tak myślałam, a do tego mleko w jednym cycku, dokarmianie butlą, czy za dużo, czy za mało, ale zła matka bo tylko jedne cycek, o Jezu....

      Usuń
    2. U nas było podobnie, Córcia częściej się do taty uśmiechała, a u mnie zamiast radość, "dół" się pogłębiał... Problemy z karmieniem były chyba jak gwóźdź do mojej depresyjnej trumny, bo przecież jaka ze mnie mama skoro karmić nie mogę? Żadna... Wszystkie koleżanki wkoło karmią z powodzeniem-tak, to są mamy, a ja...? Chciałabym o tym napisać u siebie, może starczy mi sił, żeby do tego jeszcze raz wrócić.

      Usuń
  11. :( my kobiety musimy dużo dźwigać,to prawda ciąża i poród jest wszędzie opisywany,a stan w jakim jest matka po porodzie to tabu....to co dzieje się z nią po porodzie,to jak wraca z maleństwem do domu.... wszystko pięknie jest tylko na filmach i w czasopismach,ale nikt nie mówi o tym jak jest trudno...kobiecie dojść do siebie po porodzie fizycznie i psychicznie:(

    OdpowiedzUsuń
  12. Pierwsza część wpisu to wypisz wymaluj mój przykład, depresja poporodowa po około pół roku od urodzenia starszej Córci, właśnie po nieudanym karmieniu piersią. Niestety wtedy poza moją Mamą nie mogłam liczyć na zrozumienie innych. A mówienie, że macierzyństwo to nie tylko cud miód i orzeszki, spotykało się z patrzenie na mnie, co najmniej jak na wariatkę, mimo, że sama już i tak właśnie tak się czułam. Ogólnie jestem podatna na takie stany depresyjne, ale to co wtedy przeżyłam, to był jak jakiś koszmar. Nikomu nie życzę, nawet wrogowi.

    OdpowiedzUsuń
  13. ja dziwię się, jak dałam rady i jakim cudem rodzina mnie w kaftanie nie zawiozła do lekarza, na serio było bardzo źle, powinno się więcej mówić, więcej robić, przeciwdziałać

    OdpowiedzUsuń
  14. Zdecydowanie należy jak najwięcej mówić o depresji i odczarowywać mity i stereotypy. Wiele kobiet zwraca się po pomoc bardzo późno, po wielomiesięcznych zmaganiach w samotności z objawami depresji poporodowej, często wtedy, gdy już nie mają wyjścia - albo podejmą leczenie albo stanie się tragedia. Wsparcie rodziny (głównie innych kobiet) jest bardzo ważne, jednak nawet najbliższa osoba nie będzie potrafiła udzielić profesjonalnej pomocy.
    Barbara Michno-Wiecheć, psycholog psychoterapeuta

    OdpowiedzUsuń