24.9.19

Wspomnienia wakacyjne z Turcji

Co tu dużo gadać, wygrzała się Kluska i opaliła po wsze czasy. Tureckie plaże i hotele w sierpniu gorące, ale jak się ma pod ręką pokój z basenem... dlatego, że tańsze się skończyły i nie starczyło dla wszystkich... ma się fart w życiu, nie?

Była też wycieczka historyczna, oglądanie starożytnych ruin i pamiątkowe fotki.
W hotelu była mega zjeżdżalnia z widokiem na wybrzeże
Pozdrowienia od owcy podróżniczki. Kiedyś podróżowała ze mną, a teraz z Alisą :)
Kluska z nudów robiła też fotki komórką

Taka odmiana od szlajania się po mieście i lesie. Inne wycieczki wkrótce. :)

10.9.19

Kluskowo i artystycznie

Pewnie nie możecie się doczekać relacji, jak znosimy pierwsze dni szkoły. E, nie ma o czym gadać, naprawdę. Nic nadzwyczajnego, w sumie jest o wiele łatwiej niż z chaosem zerówkowym, chyba najgorzej znosi pani wychowawczyni, ahaha. Nawet Kluska nie ma okienek na religii, więc wcześniej wychodzi lub później idzie do szkoły. Póki co złego słowa nie mogę powiedzieć. No może tyle, że nie mogą latać po kredę, bo zamiast tablicy mają tablet dotykowy. ;)

Za to od września Kluska rozwija się artystycznie, malując coraz bardziej abstrakcyjne pojęcia.

Kluska w szale artyzmu i piżamie, bo zaczyna na ogół skoro świt. ;)


A to przykładowe prace z tytułami: "Jesienny wiatr", "Halloween", "Złość", "Lato"


"Łąbęć" (pisownia oryginalna hihi), "Ptak", "Fioletowe słońce", "Kwiat"


"Matematyka" (uważny widz odnajdzie tam nawiązanie do symbolu nieskończoności i parę cyfr), "Ranek", "Magiczna kraina", "Niebo"


Ooo, takie dziwne, a gdzie kolorowanie, spyta nauczyciel. A w nosie i gdzie indziej. ;)

Jak wygląda Kluski podręcznik do plastyki i mistrz? A tak:


Prawda, że ambitnie? No. I jeszcze bonus, portret kuzynki Różyczki.


Dziewczynka kwiat :)


30.8.19

Siedem lat z bicza trzasł

Wydaje mi się, że zakończyła się pewna epoka beztroski. Nie, nie chodzi o szkołę, tu mamy luz totalny. Raczej o dojrzałość Kluski, która wyrosła na piękną i sprytną dziewoję, którą coraz trudniej traktować jak dziecko. Gdyby Mary Poppins przytknęła do niej swoją słynną miarkę, wyszłoby skrzyżowanie Alcesta z Mikołajkiem w wersji żeńskiej. Tak więc nam rodzicom pozostaje gratulować, życzyć sto lat i cieszyć się na nowe wspólne przygody.

Zdjęcia tortu w naszym domowym bałaganie znów nie zrobiłam, ale za to mieliśmy after party z ogniskiem i urodzinową kiełbaską, więc zawsze coś. :)
Nadal wozimy się przyczepką weehoo, ale Klusię pomału wsiada na nowy rower, 24 calowy. Pierwsze jazdy już się odbyły, ale nie mam zdjęć. Może następnym razem. Dodam jeszcze później wpis ze szkolną wyprawką podstawową, co mi się spodobało, co kupiliśmy na spontanie i dlaczego  Kluska nie pójdzie na galowo na rozpoczęcie roku. ;)

23.8.19

Majowa wycieczka do Kampinosu

Zapomniałam tu wrzucić od razu, czekając na relację taty Kluski, ale on w końcu zapomniał wrzucić zdjęcia na serwer, to trudno. Będą tylko moje.

Od zeszłej jesieni się wybieraliśmy, aż nareszcie się udało. Obskoczyliśmy wszystko prócz skansenu, bo w poniedziałek zamknięty. Inną razą. Ale za to brakującą z soboty skrzynkę zespołowo znaleźliśmy. W tygodniu mniej ludzi, to i był spacer po ścieżce przyrodniczej. Wróciliśmy pół godziny przed burzodeszczem, a Kluska ledwo żywa, ale i tak jeszcze wybiegła z domu pobawić się z kumplami na podwórku choć przez chwilę.
Jedziemy do miejscowości o śmiesznej nazwie: Kaski
W której pod biblioteką jest skwerek z tężnią, siłownią, a teraz i małym domkiem dla dzieci.
Dojechaliśmy!
Na miejscu odwiedzamy mikroskansen z chatką i czytamy książeczkę o żubrach. :)
Niestety studnia zakratowana i nie bardzo da się używać. Ale żuraw robi wrażenie.
Zielono wszędzie
Mamy maskotkę łosia i robimy rundkę pieszo po ścieżce przyrodniczej.
A to drugi, duży skansen, ale w poniedziałek zamknięty.
A my lecimy na punkt widokowy.
No dobra, trzeba wracać. Wycieczka miała aż 70 kilometrów, więc nie można było siedzieć na miejscu zbyt długo, żeby nie wracać po ciemku.
I to by było na tyle. Ciekawa jestem, ile nam jeszcze Weehoo posłuży. Jeszcze rok i może być za ciężko i za ciasno. Zobaczymy.

12.7.19

Relacja z pikniku Matsuri

Po spędzeniu cudownych chwil z zamrożonym sorbetem w zeszłym roku postanowiłyśmy w czerwcu powtórzyć zabawę i wybrać się ponownie. Ale tym razem pojechałyśmy pociągiem i metrem, bez rowerów, bo zapowiadał się dziki upał i chyba byśmy umarły po drodze bez klimy.



Pilnowanie młodej, by się nie zgubiła, nieco komplikowało robienie relacji (i tak się raz zgubiła pod sceną, ale po kilkunastu sekundach się odnalazła). Tym razem udało mi się nagrać nieco sceny plenerowej. Muzyka była dla koneserów, ale chyba nie było wśród publiczności osoby, która nie zachwycałaby się bębnami. Tym razem nie weszłyśmy do sali ze sceną profesjonalną, bo raz że sztuki walki w ogóle wyskoczyły w plener, a dwa że była dzika kolejka i jakoś nie trafiłyśmy w moment, gdy się zaczynały pokazy teatralne.


W sumie to przyjechałyśmy trochę wcześniej, by załapać się na dobutsu shogi! Na większą planszę. Małą miałyśmy ze sobą (sami zrobiliśmy) i zagrałyśmy na placu zabaw. A potem już w sali. Okazało się, że średnia plansza jest jeszcze układana, więc zagrałyśmy na dużej! Oj, było trudniej. Ale że znałyśmy z grubsza zasady, pan tylko w paru miejscach nam podpowiadał. Tata Kluski to już wie tyla na temat tej gry, że mógłby robić za wolontariusza, ale nie lubi tłumu i w związku z tym nie było go z nami.
Udało się też złapać fajny wachlarz dla Kluski z darmowego stuffu. Jeśli piknik japoński, to musowo trzeba machnąć jakieś origami. Tym razem dorwałyśmy w plenerze książkę od pani i znalazłyśmy origami marchewkę!!!
Trafiały się też kolorowanki
Były też inne klimaty :)
Oczywiście Kluska zażyczyła sobie własne kimono.
Później, już po powrocie do domu, znalazła moją starą sukienkę i stwierdziła, że się nadaje. Tylko jej dorobiłam koczek, wbiłam papierową parasolkę i siup, mała Japoneczka. :)
Za rok oczywiście postaramy się być ponownie! I rzecz jasna zjemy sorbet z melonem :)