12.10.18

Wyprawa na grodzisko w Grodzisku (Chlebnia)

Czasami warto zrobić sobie wagary od zerówki i zrobić sobie małą lekcję historii w terenie. Dzisiejszy temat: wczesnośredniowieczne grodziska z XI-XIII wieku w Polsce. Ale najpierw trzeba dojechać na lekcję dwadzieścia kilka kilometrów. No to jedziemy.


Po drodze szukamy kapslowego multaka, bo niezależnie od nauki bawimy się w geocaching. Pierwszy etap znajdujemy na asfalcie, a potem udajemy się na kordy finału. Wpis do logbooka, wybór certyfikatu, wymiana fantów i dalej w drogę.


Jesteśmy na miejscu. Grodzisko może nie jest okazałe, ale za to bardzo dobrze widoczne w terenie i z dala od ruchliwych szos. Idealne na piknik historyczny.


Zaczynamy od poszukiwań skrzynki geocache (też tu jest) oraz drugiego śniadania z menażki.


Kluska wiedząc, że odwiedzimy siedzibę książąt postanawia kategorycznie, że będzie ubrana jak dama. Toteż chodzi po grodzisku z właściwym damom wdziękiem i godnością. A my przy okazji tłumaczymy, że są to ziemne pozostałości grodu z czasów pierwszego władcy Mieszka I oraz jego późniejszych krewnych i następców. Tłumaczymy, jak się nazywał pierwszy król polski i co oznacza przydomek "Chrobry". Dodatkowo trafiła się lekcja geografii, kiedy tata tłumaczy co to są województwa, powiaty oraz gminy. Liczymy województwa i sprawdzamy, w których gminach byliśmy z Kluską na rowerze.


Wreszcie oglądamy dokładnie grodzisko i sprawdzamy, że jedna część jest wyższa. To najstarsza część, którą zbudowano na miejscu osady, która trwała tu jeszcze w czasach kultury łużyckiej. Zatem ludzie mieszkali w tej okolicy od tysięcy lat. Pierwsze ślady osadnictwa datuje się na późną epokę brązu. Są też ślady z IV wieku, są z VIII. Oznacza to ciągłość zasiedlenia. Książęta i królowie się zmieniali, ludzie mieszkali tu cały czas i mieszkają do dziś, choć główna osada opuściła swe korzenie i przesunęła się na południe, jednak pozostawiła sobie nazwę grodu czyli Grodzisk Mazowiecki.


Lokalne Maksimum zdobyte!


Dzięki tablicom obok grodziska dowiadujemy się lokalizacji osad sprzed wieków (dziś zaorane pola) i więcej o samych Słowianach. Jak się ubierali, jakich narzędzi używali, jak się odżywiali. Kluska zakochała się w krajce i zażądała zakupu urządzenia do jej zrobienia czyli "bardka".



Przy okazji szukania skrzynki wymieniłam pojemnik na nowy, bo stary się już zestarzał i dorzuciłam nowe fanty, dzięki czemu Kluska mogła sobie coś wybrać z dotychczasowych. Wybrała białego konika i narwała mu trawy. Kiedy Kluska zwiedzała z nami grodzisko, konik pasł się na kłodach rozrzuconych dokoła.


Cień konika też został nakarmiony.


Po zwiedzeniu grodziska podskoczyliśmy na skwer ze ścieżką przyrodniczą, siłownią i amfiteatrem, który powstał tu niedawno. Mało kto o nim wie, więc chwalimy. Kluska uwielbia ścieżki przyrodnicze w takiej formie (zagadkowej) i spędziliśmy na niej sporo czasu. Na koniec Kluska wymyśliła występ sceniczny, to znaczy kino. Mogliśmy wybrać tytuł, pod warunkiem, że będą to "Piratki z Karaibów". ;)


Podziwialiśmy też Babie Lato.


Na koniec podjechaliśmy jeszcze do muralu o tematyce słowiańskiej i zrobiliśmy Klusce zdjęcie z kurami. :)


Odnaleźliśmy też historyczny artefakt w postaci starej tablicy z nazwą ulicy.


No i pora wracać, powrót przy coraz niżej schodzącym słońcu. Jak dotarliśmy do domu, to Klu zaraz zasiadła do rysowania, narysowała więc prawie zachodzące słońce, białego konika i siebie w czerwonej sukience. A na dole certyfikat znalazcy kapslowej skrzynki.


9.10.18

Złaz Harskiego

Wstyd mówić, od jak dawna nie byliśmy. Od jak dawna wybieraliśmy się z Kluską, ale a to pora roku (późniejszy termin i wyjazdy Kluski do ciepłych krajów), a to chorowaliśmy, a to w zeszłym roku szedł orkan i grupy dziecięcej po prostu nie było, w zasadzie na cały Złaz odważnych trafiło się kilka osób. Pogoda postanowiła nam wynagrodzić poprzednie lata i aura była idealna spacerowo. Kto mógł przewidzieć, że dzieci urządzą nam zamiast zwykłej pieszej wycieczki bieg? Ale nie uprzedzajmy faktów. Najpierw trzeba jakoś dotrzeć do Kampinosu z naszego Żyrardowa.


Gryplan był taki, że na sobotę Kluska jedzie z babcią do Warszawy, a w niedzielę skoro świt o dziewiątej trzydzieści przechwytujemy ją we Włochach i przez Bemowo, Stare Babice i Truskaw jedziemy rowerami do okolic polany Pociecha, gdzie było ześrodkowanie, a w naszym przypadku i początek trasy. Potem okazało się, że start był z parkingu. W sumie około 25 km, więc jakieś 1,5h jazdy.


Nadal korzystamy z pelerynki Coverover. Jesień to idealna pora na softshell.


Z atrakcji na trasie to między innymi klimaty kolejowe.


Jedziemy Dedeerami w kierunku Fortu Blizne Lazurową i potem odbijamy w lewo, gdzie przedzieramy się przez masakryczne skrzyżowanie (Warszawska nad obwodnicą). Nigdy więcej, trzeba to się nauczyć objeżdżać opłotkami. Z holem się bardzo słabo przechodzi na drugą stronę, bo przejścia dla pieszych mają zawijasy, a ulicą się i tak nie da, bo my zaraz z niej skręcamy w boczną uliczkę. No ale się udało.


W Babicach robimy postój turystyczny w celu obejrzeniu makiety słupa Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej (10 takich słupów stało kiedyś w lesie bemowskim, ostały się dziś jeno fundamenty i miejscami resztki podstawy słupów). Przypomina nam się, że przecież za ratuszem zrobiono mały skwerek, a że dzisiaj żadnych imprez nie było, to w ciszy i spokoju mogliśmy zjeść małe co nie co i przebrać Kluskę w bardziej "leśne" ciuchy. A poza tym się rozebrać, bo zrobiło się naprawdę ciepło.


Tata Kluski orientuje się, że zapomniał z kuchni rano zabrać mleka i jest problema w związku z kawą. Na szczęście znajdujemy po drodze otwarty sklep (niedziela handlowa) i udaje się zakupić brakujące wiktuały.


Dalej już na luzaku ulicą Sienkiewicza, która zamienia się w Mościckiego i tłumaczymy Klusce, kto to był. Bez zatrzymywania (brak czasu) mijamy kościół w Lipkowie i grzejemy do Truskawia. Tam przy pętli autobusowej zwiedzamy pomnik i znajdujemy dwie skrzynki geocache (z serwisu opencaching.pl i geocaching.com). Klusce się bardzo podoba znajdowanie skarbów.


Znów się rozbieramy, bo z ciepłej aura zmienia się w upalną. I pyk do lasu na polankę, by zjeść kolejne już żarełko. Kluskę trudno zagonić, bo ma ważną pracę, kijkiem oczyszcza daszek wiatki z igieł. Wreszcie tata Kluski rusza na zwiady, gdzie się podziała nasza grupa piesza (były pewne nieścisłości związane z punktem zbornym) i stawiamy się pod rozkazy naszych głównodowodzących, Ewy i Bartka.


Złazł Harskiego odbywa się co roku od lat 60, to była jego 53 edycja. Idzie i jedzie rowerem (bo są też trasy rowerowe) już trzecie pokolenie uczestników. Nasza grupa dziecięca ma przejść się drogą palmirską do szlabanu, skręcić w lewo, dobić do rejonu karczmiska i stamtąd dotrzeć na plac zabaw pod Truskawiem. Stamtąd wzdłuż drogi podejść do polany Pociecha. Okazuje się, że dziewczyny w wieku 4-5-6 i chłopiec 7 mają inne plany. Postanawiają trasę przebiec.


Dokładnie tak. Siedem kilometrów niemal ciągłym biegiem. A my za nimi z wywieszonymi ozorami, jeszcze ja i tata Kluski telepiąc nasze rowery z przyczepką. Oj, trzeba mieć zdrowie. ;)


Na szczęście są chwilowe postoje, by się grupa na przykład ze sobą zapoznała, a także pozowanie pod znakami orientacyjnymi i zwiedzanie urbeksów ze śmieciami.


Obok rezerwatu Cyganki również przebiegamy lekkim truchtem z przerwami na drewniane mostki, na których jest ciasno i trzeba się mijać powoli z tłumem rypiącym z przeciwnego kierunku.


W końcu docieramy do wiat piknikowych i placu zabaw, gdzie okazuje się jesteśmy długo przed planowanym czasem. No bo to miał być spacer. Zatem zalegamy tu i ówdzie czekając na resztę grupy oraz dojadając suchym prowiantem. Kiedy dzieci się nasyciły, ruszyliśmy do finału trasy czyli na ognicho i kiełbaski.


Ognisko na miejscu trochę kopciło, ale udało się upiec trzy kiełbaski i nawet ryś nie był głodny. Nasza maskotka trasy. Na miejscu spotkaliśmy wielu starych znajomych, odkryliśmy że wielu z nich ma dzieci niewiele młodsze od Kluski i w ogóle było fantastycznie. Ledwo weszłam na polanę, a ujrzałam starszaki łażące po drzewach, moje młodsze tarzające się po ziemi z inną dzieciarnią, reszta rodziców nie miała nic przeciwko, bo tym właśnie różnią się przewodnicy SKPB oraz pokrewne turystyczne, że lubimy, gdy dzieci biegają, brudzą się i świetnie bawią. Wiele par poznało się właśnie na wyjazdach. Mówi się, że SKPBol w trzecim pokoleniu rodzi się już z wibramem na stopach. Nie wierzyłam, dopóki nie ujrzałam tego siedmiokilometrowego biegu w paru ratach, gdzie zatrzymywaliśmy się po to, by dorośli mogli odpocząć, bo przecież nie dzieci, które w międzyczasie jeszcze bawiły się w berka i chowanego po lesie. ;)


Dzieciaki tak pysznie się bawiły, że żal było zabierać Kluskę do domu i zostaliśmy niemal do zmroku. Potem już po ciemku jechaliśmy do stacji Ursus-Niedźwiadek, gdzie mieliśmy wsiąść do pociągu. Po drodze złupiliśmy jeszcze jedną skrzynkę. Na stacji nie było biletomatu, więc musieliśmy w pociągu złapać konduktora. Wsiadanie w trójkę do pociągu z rowerami i przyczepką to nie lada wyczyn. A  tu nadjeżdża piętrus! Który ma miejsce dla rowerów na samym końcu, w wagonie sterowniczym.


Nie mamy tyle czasu, a tu Klusek marznie. No trudno, wbijamy się na krzywy ryj do przedsionka, Kluska leci usiąść na górze, a my szarpiemy się z przyczepką, by ją odczepić i udrożnić przejście. Potem jeszcze przeładowujemy rowery na drugą stronę, bo perony z lewej przechodzą na prawą. Konduktor na szczęście przychodzi sam i nie ma pretensji, tylko po prostu sprzedaje nam bilety. Kocham Koleje Mazowieckie i ich miły personel.


Po wyjściu z pociągu jeszcze tylko zejście po schodach, podjazd tunelem i standardowa droga do domu. Koniec przygód na dziś. Poniżej trasa wycieczki pieszej.

13.9.18

Urodziny Julka

Dziś obchodziliśmy 124. urodziny Julka, znaczy Tuwima... może jubilat był nieco sztywny, ale my się świetnie bawiliśmy. Pojechaliśmy do jednej z żyrardowskich ciuchci, żeby przeczytać na niej  "Lokomotywę", bo każda okazja jest dobra żeby poczytać.





A czytaliśmy nie byle jaki egzemplarz "Lokomotywy", tylko pamiątkowy, które tata Kluski dostał na zakończenie przedszkola.