9.2.20

Zwiedzamy nowe tereny rekreacyjne w mieście

Tata kluski:
Korzystając ze słonecznej pogody, wybraliśmy się na wagary nad staw Ruda (o ile nie pomyliłem nazw) vel staw św. Jana. Dawniej tutaj był młyn, obecnie jaz, za którym Pisia Gągolina się rozdwaja i płynie dwoma korytami (jedna z odnóg to tzw. Stara Pisia). Potem jeszcze zerknęliśmy na skwerek za torami między Pisią, a Starą pisią. Ostatnio miasto je uporządkowało i przebudowało korzystając z dofinansowania na tereny zielone.

Jest tu teraz bardzo przyjemnie, choć brakuje jakichś placów zabaw, czy czegoś dedykowanego dzieciom.


Może nie tyle wagary, co nasza Leśna Szkoła (choć dziś zajęcia bardziej parkowe, niż leśne).
Zaczynamy od lekcji biologii.


Potem przyszła pora na w-f


A teraz... muzyka. Na tych dechach fajnie można było wystukać melodię. Stukaliśmy i zgadywaliśmy co stukający miał na myśli.


Zdjęcie klasowe


Po przejściu na skwerek za torami, dalszy ciąg biologii, a potem powrót do domu, bo lavinka zmarzła.


Do tej pory nie było za bardzo czasu na inwentaryzację muszelek nazbieranych jesienią nad Wisłą, co niniejszym nadrabiam. Jak widać część już zdążyliśmy pomalować.



A tu przerobiliśmy na pamiątki, gdy bawiliśmy się w pocztę - robiliśmy pocztówki, znaczki, oraz właśnie te pamiątki (wszystkie muszelki są z Wisły, podpisy są na potrzeby zabawy).


Zaczynamy przegląd, najpierw małże.

Racicznica zmienna (Dreissena polymorpha), po angielsku nazywa się małż zebra - tych muszelek było najwięcej na łachach wiślanych. Racicznica jest gatunkiem obcym, ale jest notowana u nas od 200 lat... no może nie tak do końca obcym, bo występowała przed zlodowaceniami, przetrwała w rejonie Morza Czarnego i Kaspijskiego, a teraz do nas wróciła (tutaj mapki z występowaniem). Z pozytywnego wpływu na środowisko warto wymienić filtrowanie wody, gdy występuje masowo, potrafi przefiltrować całą wodę w zbiorniku w dosyć krótkim czasie (w niektórych jeziorach mazurskich może tego dokonać w kilka-kilkanaście dni). Aha, jest rozdzielnopłciowa


Muszelki racicznicy przywiozłem kiedyś Klusce znad Narwi.


Corbicula fluminea (i/lub fluminalis), kolejny gatunek, z tym że po raz pierwszy stwierdzona w 2003 w Odrze, obecnie znane są stanowiska w Odrze i Wiśle, przy czym (mapki - fluminea, fluminalis), oraz druga strona z mapką C. fluminea). Nie jest pewne, czy są to dwa różne gatunki, czy tylko odmiany... w każdym razie tworzą one hybrydy. Osobniki tego małża mogą być zarówno obojnacze, jak i rozdzielnopłciowe.


Skójki, wydaje mi się że są to skójki malarskie (Unio pictorum), ewentualnie zaostrzone (Unio tumidus), albo jedne i drugie. Malarskie zawdzięczają swoją nazwę temu, że ponoć ich muszle służyły malarzom jako pojemniczki do rozrabiania farb.


A to są małże z rodziny Sphaeriidae (kulkówkowate), jednak nie podejmuję się na razie identyfikacji, który dokładnie gatunek. Podejrzewam, że któraś gałeczka. Ponieważ były białe bez zewnętrznej ciemnej warstwy, to w większości poszły do malowania (ale dużo ich nie mieliśmy).


Przechodzimy do ślimaków.

Żyworodka, może to być żyworodka pospolita (Viviparus contectus), albo żyworodka rzeczna (Viviparus viviparus), ewentualnie obie. Żyworodkę można poznać po trzech paskach na muszli, jednak nie na wszystkich egzemplarzach są one jeszcze widoczne, więc może się zdarzyć że przyplątała się muszelka innego ślimaka o podobnym kształcie. Żyworodki są rozdzielnopłciowe i jajożyworodne.


A to nie wiem, wydaje mi się że jak na błotniarkę stawową jest za mało zaostrzona, może inna błotniarka albo rozdętka, czy zawijka?


Te wyglądają na jakieś zatoczki.


Muszelki służą nam nie tylko do malowania i przyklejania, ale też do eksperymentów chemicznych. Tutaj rozpuszczamy muszelkę w occie, to znaczy kwas octowy reaguje z węglanem wapnia i powstają octan wapnia, dwutlenek węgla, woda.


A tu przypadkiem wyhodowaliśmy kryształki octanu wapnia - na próbę zalałem muszelkę octem, by sprawdzić jak reaguje, po czym zostawiłem na parapecie. Octu nie było dużo, więc cały kwas octowy przereagował (została jeszcze muszelka), a po kilku dniach, gdy woda częściowo odparowała, zaczęły wykwitać kryształy.






13.11.19

Jesienny raport wycieczkowy

Co prawda jesień się jeszcze nie skończyła, ale sezon dalekich wycieczek raczej już się wyczerpał. Pewnie jak co roku skoczymy jeszcze rowerowo do lasu w pobliżu, albo do biblioteki, ale myślę, że co ważniejsze wycieczki można już opisać.

Wraz z rozpoczęciem szkoły zastanawialiśmy się, jak to będzie z obecnościami, ale jako że Kluska z programem jest do przodu, możemy czasem jej w tygodniu urwać dzień lub dwa. Zwłaszcza gdy pogoda dopisuje. I na takie wagary (ale edukacyjne!) wybraliśmy się kilka razy.

1. Wycieczka na plac z kulami w Grodzisku Mazowieckim


W Grodzisku przybył nowy plac zabaw, ale fajniejsze są kule obok niego. Dziecko może się nauczyć rodzajów kamieni, są granity, marmury, piaskowce, jakieś dziwne zlepieńce, naprawdę warto. Tym bardziej że przypomina to wizualnie układ planetarny i można zrobić mini-lekcję astronomii. :)

O, Jowisz!

Skoro jesteśmy w Grodzisku, to jeszcze zaglądamy do biblioteki, ale Kluskę rozpiera energia, więc nie siedzimy długo.

I lecimy na plac zabaw z siecią (ten pod dworcem).

2. Wycieczka nad Oberwankę


W naszej okolicy płynie sobie rzeka Rawka, gdzie czasem na zakrętach są dzikie plaże. Jedna z takich plaż, uwielbiana przez kajakarzy, ale i innych mieszkańców, latem jest tłumnie odwiedzana. Dlatego wybraliśmy się jesienią, żeby mieć odrobinę prywatności. A i tak było dużo ludzi, bo byliśmy w weekend.

Najpierw jednak atrakcje po drodze, na przykład uroczy dworzec w Radziwiłłowie.
Zwiedzanie kościoła

Zwiedzanie grodziska wczesnośredniowiecznego (no, bardziej strażnicy).


Szukanie skrzynki geocache oraz oglądanie robali przez lupę wraz z Wielką Księgą Robali :)

 Krótkie grzybobranie
I wreszcie plażowanie

3. Wycieczka na cmentarz ewangelicki w Aleksandrii i do rezerwatu Puszcza Mariańska


Kluska jest na tyle dojrzała, że rozumie co to opuszczony cmentarz, więc można ją nastrajać turystycznie i pokazywać mniej znane miejsca. Jednym z nich jest zupełnie zapomniany cmentarz, gdzie zachowało się kilka nagrobków.
Sam rezerwat piękny. Przy okazji spotykamy znajomego, więc się robi jeszcze milej. :)
Jedziemy jeszcze do ścieżki przyrodniczej w nadleśnictwie, skoro jest po drodze. No prawie. ;)

4. Grzybobranie


Sezon grzybowy obrodził wyśmienicie, choć lato było suche. To się oczywiście wybraliśmy w takie nasze sprawdzone miejsce przy kilku starych świerkach (Puszcza Bolimowska).

W lesie czuć już pierwsze ślady jesieni

5. Wycieczka urbeksowo plażowa


Czyli najpierw zwiedzamy ruiny dworu, a potem lecimy na dziką plażę po żwirowni, gdzie obok trwa budowa Parc of Poland, czy jak on się teraz nazywa.

Kluska ze śmieci stworzyła SZTUKĘ, czyli ślimaka. :)
I plaża (oczywiście nie ma mowy o kąpieli)

6. Wycieczka na ognisko do lasu

Chyba nie pisałam na blogu jeszcze o nowym rowerze Kluski, który ćwiczy od wakacji. Od razu z za małych 16 cali przeskoczyła na 24 cale. Rower producent opisał jako powyżej 125cm, ona ma ponad 130, długie nogi, więc był na styk i wydaje się, że jej odpowiada. W każdym razie na lżejszych przełożeniach spokojnie daje radę po lesie. Dystans ponad 14km (całościowy), więc niedaleko, ale też i niełatwy terenowo na sporym odcinku.

Rower jest z tańszych i cięższych, więc daleka jestem od polecania go jako najlepszy z możliwych, ale powiedzmy, że jak się przy nim trochę podłubało, to nadaje się do jazdy.

7. Odwiedziny wiosennego szałasu

Wiosną zbudowaliśmy z Kluską szałas i postanowiliśmy sprawdzić, jak przetrwał letnie wichury i burze. O dziwo idealnie, więc go jeszcze rozbudowaliśmy. Przy okazji mama testuje tarp, żeby mieć coś na przelotne deszcze i do spania pod hamakiem jako letnią alternatywę do namiotu.

8. Namiotówka nad Wisłą #1

W końcu się wybraliśmy na dłuższą wyrypkę, trasa przez skansen i punkt widokowy w Granicy, ale też wcześniej przez plac zabaw w Kaskach. Pierwszy dzień okazał się jednak trochę długi i ostatnie 10km (w sumie przejechaliśmy pierwszego dnia ponad 70) jechaliśmy po ciemku i trochę Klusce się nudziło, więc śpiewaliśmy piosenki. ;)

Klusce skansen nie przypadł specjalnie do gustu, zdecydowanie wolała coś zbudować w lesie, a w Kampinosie nie wolno szałasów, to była niepocieszona. No trochę jej poprawił humor punkt widokowy i kalkulator. Dobrze czytacie, kalkulator. ;)
A tak spaliśmy. Testujemy namiot rodzinny. Nie jest on jakoś specjalny na wiatr, ale do parodniowych wycieczek w spokojnej aurze wyśmienity, bo ma ogromną sypialnię i pojemny przedsionek. Na wiślanej plaży było tak fajnie, że postanowiliśmy przy okazji odwiedzić ją ponownie, jeśli trafi się ciepła noc (w okolicy 10 stopni). Może napiszę o nim osobną recenzję (nikt nam nie płaci).
Szałas musi być. ;)

Wracamy przez Tułowice na skróty, bo robi się mokrawo i zimno. Po drodze Kluska czyta Komisk i jakoś czas leci.

9. Szałasowanie ponowne

Kluska marudzi, że chce te szałasy budować, to wracamy do tego z wycieczki nr 7 i bawimy się jeszcze raz. Liści zdecydowanie mniej, trochę chłodniej, październik w pełni.

10. Namiotówka nad Wisłą #2


Okazało się, że przyjemna aura prognozowa objawiła się szybko, więc pojechaliśmy nad Wisłę drugi raz, ale krótszą trasą, żeby rozbijać namiot przed zmrokiem i móc na spokojnie rozpalić ognisko, nazbierać drewna i tak dalej.

Już na początku zaliczamy małą awarię szprych roweru tatusia i mamy przymusowy postój. Ale że tym razem jesteśmy lepiej przygotowani, bo mamy ciepłą zupę w termosie, więc czas szybko mija.
Jedziemy przez Brochów, by pokazać Klusce kościół, który przypomina zamek. Oryginalna tkanka została wielokrotnie zniszczona przez wojny, ale kościół odbudowany i jest wielką atrakcją turystyczną okolicy.
Kluska zapisana do Zuchów nie chce na wycieczki chodzić inaczej niż w mundurze, co robić. ;)
Zdążamy na piękny zachód słońca, choć nieco za chmurami.
Rano też jest ślicznie. Musimy tu wrócić wiosną, kiedy woda po roztopach opadnie.