2.2.15

Zima z dzieckiem na rowerze

Nie tak dawno dostałam zaproszenie do telewizji śniadaniowej, żeby przybliżyć nasze szaleństwa całej Polsce. Oczywiście odmówiłam. Po pierwsze dlatego, że nie cierpię telewizji śniadaniowej, a po drugie, że za obecną telewizją nie przepadam w ogóle. Kreskówki i inne bajki dla dzieci to jedyna sensowna rzecz, którą dziś można tam obejrzeć. Jasne, trafi się raz na jakiś czas ciekawszy film lub program, jednak jakością nawet nie próbuje dorównywać swoim odpowiednikom sprzed dwudziestu lat. Ja, dziecko wychowane przed telewizorem, nie mogę patrzeć nawet na zwykłe wiadomości, bo już same błyski zapowiedzi robią mi kuku w mózg. I mam się nagle stać częścią tego domu wariatów? Noł łej.


Dochodzi jeszcze inna sprawa. Coś takiego jak prywatność, a raczej niechęć do wystąpień publicznych. Dwa razy popełniłam błąd z wywiadem w radiu, wieki temu. Nie zamierzam tego powtarzać. Po tym wszystkim spotkałam się z opinią, jakobym zabrała szansę zwykłemu człowiekowi oswojenia się z widokiem dziecka zimą na rowerze. Obawiam się, że to tak nie działa. Nie uważam, byśmy robili coś niezwykłego.


Współczesna telewizja to tak naprawdę odbiór świata via ursynowskie Kabaty. Świat za płotem, lub mówiąc ogólniej za domofonem. Dzieci w klatkach samochodów od drzwi do drzwi, nie widujące świata zewnętrznego, chyba że na parkingu przed supermarketem. Dla takich ludzi w ogóle dziecko na rowerze to sprawa egzotyczna, a co dopiero zimą. Co im powie program z telewizji między reklamą żelazka, a wywiadem z gwiazdą Pudelka? Że jesteśmy nienormalni. Nie da się zmienić światopoglądu "człowieka w puszce" w przeciągu kilku minut. Ktoś kto chce wozić dziecko rowerem, po prostu to zrobi. To wcale nie jest żadna nowość. Serio.


Znacie wiklinowe kosze zakładane na kierownicę do przewożenia dzieci? One nie przestały być używane. W mniejszych miejscowościach i na wsi często można je spotkać. Serio, nie kłamię. Od lat je widujemy z tatą Kluski. Tak, zimą je widujemy. Czasem na jednym rowerze wieziona jest dwójka, na przedzie w koszyku wiklinowym mniejsze, z tyłu w zwykłym plastikowym starsze. Nie ma w tym nic dziwnego. Egzotyką nie jest dziecko na rowerze zimą, egzotyczny do niedawna był sam rower w przestrzeni miejskiej. Trzeba lat, by zwykły mieszczuch oswoił się z widokiem dziecka dowożonego do przedszkola w foteliku rowerowym, mimo że jego rodzice mają samochód. Że po prostu tak wolą się poruszać na krótkich odcinkach, niż czekać na autobus lub szukać miejsca do zaparkowania pod przedszkolem czy szkołą.


Zamiast słuchać opowieści z telewizora, trzeba to po prostu zrobić. Kupić sobie rower. Nauczyć się nim jeździć po mieście. A dopiero potem zacząć myśleć o wożeniu dziecka. Bez tego ani rusz. I dlatego nie obejrzycie nas w żadnej telewizji, chyba że ktoś nas przyłapie na Masie Krytycznej (ale akurat ostatnio rzadko bywamy). :)


Jak to jest z tą zimą, rowerem i dzieckiem? Najlepiej, gdy jest lekki mróz i gdy nie jedzie się pod wiatr. Najlepiej też, gdy prawie w ogóle nie wieje. Na początku stycznia pojechaliśmy dookoła miasta i mimo że temperatura była nieco powyżej zera, dziecię nam zaczęło pod koniec protestować. Właśnie z powodu wiatru, który nas dopadł na ostatnich kilkuset metrach przed domem. Poza tym łapy jej zmarzły, bo machała misiem zamiast je schować pod koc (spadajcie mi z tymi rękawiczkami).


Za to drugim razem byliśmy krócej, bo mróz. Ale było totalnie bezwietrznie. Ogromna różnica. Kaczki nakarmione, tylko Kluska była trochę zła, że tak szybko odjechaliśmy. No i popełniliśmy błąd, nie schowaliśmy przed wyjściem beretu z pomponem. Dziecię oprotestowało w związku z nim kask. Chciała być "cycle chic" i koniec. No trudno, te parę kilometrów po uliczkach z ograniczeniem do 20-40km/h jakoś przeżyliśmy, ale następnym razem muszę tego cholernego pompona schować baaardzo głęboooko ;)


Jeśli chcecie poczytać więcej o praktyce jazdy rowerem z dzieckiem (bez pomijania błędów i wypaczeń), polecam tag rower na blogu :)

14 komentarzy:

  1. Nie pogada:), sława Cię dopadło:). Ale tak na serio fajnie byłoby czasem zobaczyć normalnych ludzi w tv a niewyimaginowane doskonale matki, co to zawsze są super i nigdy... w miejsce kropek wpisz co chcesz. Choć z drugiej strony śniadaniówek nie oglądam bo raz, że nie mam kiedy, a dwa, że jak mam kiedy to szkoda mi na nie czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i tak, ale przez pięć minut nikt mi nie uwierzy. A jak już zacznę opowiadać, że jak dziecku wafelek podczas jazdy rowerem na asfalt wypadnie, to go otrzepię i dam jej z powrotem, albo jak butelka z piciem upadnie w leśny dukt - to zrobię to samo... to mogą mnie z programu wyprosić za szerzenie herezji ;)

      Usuń
    2. ha ha toż to barbarzyństwo Lavinka

      Moja mama zawsze mówiła mi jak coś upadło:
      "z gównem się przecież nie biło, można zjeść" albo "ziemniaki też jemy z ziemi " ;)

      Usuń
  2. Tej @lavinka, gdzie Cię "zapuszkowali"? :> tzn komu udzieliłaś wywiad?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, stare dzieje. Dawno dawno temu, jak Warszavkę miałam jeszcze na wirtualnej polsce (bloog), jedna pani z radia zaprosiła mnie na spacer po mojej okolicy i sobie rozmawiałyśmy o fotoblogowaniu. To znaczy jak przychodzą mi pomysły na wpisy i tak dalej. Nawet nie pamiętam, które to było radio. Bis? Jakoś chyba tak. A drugim razem to była audycja "skołowani" z poziomu tok.fm, gdzie byliśmy razem z Tomim z okazji bloga Warsaw Cycle Chic. Wtedy jeszcze nam się chciało, poza tym byliśmy singlami i mieliśmy więcej czasu na internet, hihi. Ten ostatni raz był w studiu i "po" byłam strzępkiem nerwów. Doszłam do wniosku, że sława medialna nie dla mnie ;)

      A potem jeszcze kilka razy nas zapraszano, częściej do tv śniadaniowej, raz do reality o gotowaniu (sic!) i coś tam jeszcze. Wtedy już konsekwentnie odmawiałam, ale byłam grzeczna. Teraz się nie cyrtolę i jadę jak po łysej kobyle, bo nawet dobrze nie pytają mnie o zgodę, tylko każą rzucić wszystko, przyjechać na własny koszt wcześnie rano (pędze lecę z Żyrardowa), a tylko po to, by mnie było widać na wizji kilka minut. To ja dziękuję bardzo. ;)

      Usuń
    2. Jak byłaś grzeczna, to się nie odczepiali tylko jakiś czas później znowu próbowali...


      Swoją drogą ten program o gotowali to były niezłe jaja... nieźle się uśmialiśmy z tego zaproszenia, my gotować iluśdaniowy obiad i organizować w domu przyjęcie dla innych uczestników programu? He, he, przecież lavinka wodę potrafi przypalić ;-P a porządkiem w domu się nie przejmujemy i wygląda jak po wybuchu bomby (zwłaszcza teraz gdy Kluska dokłada swoje trzy grosze). Mieliśmy koncepcję żeby porobić sobie jaja i zrobić obiad na ognisku (klasyczne dania turystyczne - paw, glut i herbata dymówa) serwowane w menażkach i blaszanych kubkach, ale nie mieliśmy czasu na takie zabawy.

      Usuń
    3. Też racja. Chyba ze trzy razy nas na to reality zapraszali. Aż przestałam być miła ;)

      Usuń
  3. Dla mnie śniadaniówka jest bez sensu, bo poświęcane jest za mało czasu na dany temat...
    Wiklinowe kosze oczywiście, że są i też to potwierdzam.
    Ja dodatkowo widziałam u siebie jak dziadek wiózł wnuczka na desce przymocowanej między kierownicą a siodełkiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. A wiecie, że na wsi ludzie też nie jeżdżą na rowerach. W mojej (podwarszawskiej) miejscowości obecnie trwa wyścig: kto podjedzie pod szkołę/przedszkole większym samochodem i dotyczy to również ludzi mieszkających około 300 metrów od szkoły. Paradoks polega na tym, że u w mojej pięknej zielonej miejscowości dzieci w ogóle nie chodzą - są wszędzie wożone. A ci, którzy jeżdżą codziennie na rowerze są uważani za nieszczęśników, których na samochód nie stać. Albo za dziwaków (to najpewniej o mojej rodzinie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy od miejscowości, u nas w okolicy przed szkołami są stojaki rowerowe i od wiosny do jesieni stoją pełne. Tu po prostu ludzie jeszcze nie przestali na rowerach jeździć, choć oczywiście bardzo dużo ludzi jeździ samochodem tak jak piszesz, kilkaset metrów do przejechania, i tak jadą, a to przecież odległość spacerowa.

      Usuń
  5. Fajnie przeczytać, dokładnie taką samą opinię mam o telewizorze, dlatego wyleciał z naszego królestwa, swego czasu patrzyliśmy na akwarium z rybkami, zamiast w "szklany" ekran (bo te szklane to już chyba historia?) No i fajnie przeczytać, że nie każdy dałby się pokroić za swoje 5 minut w tv. A to co piszesz o jeździe rowerem, to chyba kolejna przepaść między Pl a Norwegią. Bo w Norwegii lato/zima pedałują. Sami i z dziećmi też. Tylko mają świra na punkcie bezpieczeństwa. Bez kasku trudno kogoś zobaczyć na rowerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też to zauważyłam. Jeśli ktoś jechał po Norwegii bez kasku, na bank turysta. No chyba że w Oslo czy bergen, tam króluje cycle chic i panie z koszyczkami jeżdżą z rozwianym włosiem. :) Zaraz za miastem pojawiają się dwa typy rowerzystów. Jeden - górsko-szosowy, często z opływowym kaskiem, który zmniejsza opory powietrza i drugi- rzadziej spotykany, bo nie jeździ po drodze tylko luzem po lesie. Rower ma charakterystyczne, bardzo szerokie opony. Trochę zjazdowcy, trochę akrobaci.

      Usuń
  6. A ja się wahałam, czy wsiąść na rower z Rycerzem w drodze do żłobka. Wyszło mi, że korzystniej wyjdzie rowerem niż z wózkiem, bo szybciej dotrzemy do celu. Rodzina traktuje nas jak biednych wariatów, że w listopadzie myślimy o jeździe rowerem... dzięki za ten wpis!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzimy z podobnego założenia jadąc do przedszkola. Rowerem pięć minut, w wózku trwałoby to 15-20. Oczywiście można piechotą, bo Kluska już duża dziewczynka, ale rano jest upiornie zaspana i chyba musiałabym ją nieść. :)

      Usuń